Miłość w czasach cyfrowych: swatka Big Data

Miłość w czasach cyfrowych: swatka Big Data

Big Data to nie tylko fenomen marketingowy. To już zjawisko kulturowe. Biorą ją wszyscy, biorą łapczywie, jak bierze się ołówki z Ikei czy crocsy z Lidla. Analityka danych wkrada się dziś w każdy zakamarek naszego życia. Jest nawet w łóżku, a konkretnie: pod kołderką. Pokusiła się o nią telewizja...

...tworząc programy takie jak „Ślub od pierwszego wejrzenia”, „Dopasowani” czy „Undressed: Randka w łóżku”. Co te reality shows mają wspólnego z Big Data? Otóż to, że ich twórcy do swatania całkowicie obcych sobie partnerów, wykorzystali algorytmy i mechanizmy rodem z analityki danych. Big Data w ich rękach stała się cyfrową swatką.

Halo, bileciki do kontroli!

Pełną treść dostaniesz bez grosza,
ale musisz być w naszym newsletterze.

Raz, raz, wpisywać e-mail. Tylko prawdziwy, bo sprawdzę!

partner technologiczny: GetResponse

Miłość zapisana w gwiazdach w danych

Był sobie Platon. Platon wierzył, że zakochani byli kiedyś ze sobą zrośnięci jak bliźnięta syjamskie. Mieli po dwie głowy, cztery nogi i cztery ręce, ale zły bóg gruchnął w nich piorunem tak mocno, że ta zakochana całość rozpadła się na dwie połówki, które oderwały się od siebie o dziesiątki, setki lub nawet tysiące kilometrów. Teraz muszą szukać siebie po całym świecie, błądząc po drodze w toksycznych związkach lub wpadając w jakieś patologiczne relacje, które czasami łączy jedynie program Rodzina 500+. Gdy jakimś przypadkiem połówki się odnajdą – możemy mówić o prawdziwej miłości. Każdemu jest gdzieś (w gwiazdach?) zapisana miłość, której powinien szukać. Problem tkwi w tym, że nie wiadomo jak sprawdzić, czy faktycznie spotkało się tę drugą połówkę. Tyle od Platona.

Dzisiaj żyjemy w czasach cyfrowych, w których znalezienie drugiej połówki jest o wiele prostsze. Jeszcze przed pierwszą randką dwójka singli może sprawdzić, czy pasują do siebie charakterologicznie. I nie mam tu na myśli tylko Tindera, Badoo czy Grindr. Chodzi mi o coś, co moglibyśmy nazwać „bigdejtyzacją” miłości.

Algorytm na miłość

Dzięki wykorzystaniu danych rynek aplikacji i serwisów odpowiedzialnych za randkowanie online do końca tego roku ma już przekroczyć poziom 2,3 mld dolarów. Spośród 54 mln singli w Stanach Zjednoczonych blisko 40 mln zarejestrowanych jest na najpopularniejszych serwisach randkowych, takich jak Match.com, OKCupid czy eHarmony. Średnio na randkowaniu online spędzają 12 godzin w ciągu tygodnia. W Stanach Zjednoczonych z analityki Big Data do odszukania swojej drugiej połówki regularnie korzysta 1 na 18 dorosłych osób. 41 proc. Amerykanów ma w swoim otoczeniu znajomego, który korzystał z e-randek, a niemal co trzeci (29 proc.) zna parę, która poznała się przez Internet i jest ze sobą w dłuższym związku.

Te statystyki przytacza amerykańska firma Match.com, wykorzystująca wielkie zbiory danych do „odwalenia brudnej roboty” za zakochanych z historii Platona i podania im siebie nawzajem jak na tacy. Jak to robi? Analizuje profile behawioralne osób zarejestrowanych w serwisie, czyli dane o ich zainteresowaniach, wieku, płci, pochodzeniu, a także wyobrażeniu idealnego partnera, wyrażonemu w konkretnych danych. Dane mieli później algorytm, który wypluwa z siebie kilka propozycji idealnego partnera. Match.com nie jest rzecz jasna jedyną firmą, która uprawia „analitykę miłości”, a dzięki takim cyfrowym swatkom wykorzystującym Big Data udało się połączyć ze sobą 517 tysięcy singli, doprowadzić do 92 tysięcy małżeństw. Z przymrużeniem oka można powiedzieć, że dzięki Match.com przyszło na świat około miliona nowych dzieci. Big Data to zatem niezwykle płodna technologia.

eHarmony.com to kolejny portal dla singli ze Stanów szukających prawdziwej miłości w świecie cyfrowym. Platforma zebrała całkiem pokaźną liczbę danych: ponad 4 Terabajty informacji o zakochanych (nie wliczając w to zdjęć!), które odpowiednio przetwarza i wykorzystuje do swatania ludzi. Efekty jej pracy są naprawdę imponujące: średnio 542 użytkowników eHarmony bierze ślub każdego dnia, a ponad 565 tysięcy par pozostaje w szczęśliwych związkach małżeńskich od momentu poznania się na portalu. Co ciekawe – dzięki analityce danych oraz algorytmom typu „compatibility matching” eHarmony chwali się, że znalezienie idealnego partnera zajmuje tu mniej niż 12 godzin.

Zaprogramuj swoją drugą połówkę

Czasami drugą połówkę można jednak spotkać dopiero na 88-ej, „teoretycznie idealnej randce”. Tak było w przypadku Chrisa McKinleya, czyli matematycznego geniusza, który postanowił rozpisać na nowo algorytm portalu randkowego OKCupid. McKinley, obecnie doktor matematyki na Uniwersytecie Kalifornijskim (UCLA), wysłał z tego portalu dziesiątki zaproszeń do kobiet sugerowanych mu przez algorytm serwisu. Większość została zignorowana. Chris poszedł tylko na 6 „pierwszych randek”, które okazały się totalną klapą. W mieście liczącym około 80 tysięcy kobiet zarejestrowanych na OKCupid Chris był praktycznie duchem. Dr McKinley zaczął się głowić: czy to ze mną jest coś nie tak, czy też z algorytmem serwisu? Obstawił to drugie. I zabrał się za robotę.

Chris McKinley desperacko potrzebował miłości. Tę jednak mogła mu przynieść tylko jego pierwsza miłość, czyli matematyka i dane. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Chris założył 12 fałszywych profili na OKCupid, napisał skrypt w Pythonie i zarządzał swoimi fejkowymi kontami, kolekcjonując pożądane przez siebie dane o singielkach już nie tylko z Los Angeles, ale z całych Stanów Zjednoczonych, w wieku 25-45? Zbierał wszystko: od ich wzrostu, wagi, czy pochodzenia etnicznego, poprzez informacje o tym, czy partnerka jest paląca czy nie, czy bardziej lubi koty czy psy i jaki jest jej znak zodiaku. „Zbierałem i analizowałem cały ten szajs” – mówił później Dr McKinley. Po 3 tygodniach prac otrzymał odpowiedzi od ponad 20 tysięcy kobiet z USA. Zebrane informacje wtłoczył na swój profil, rozbudowując bazę potencjalnych kandydatek, które byłyby zainteresowane randką z doktorem matematyki.

Rezultat? Po usprawnieniu algorytmu Chris poszedł na 87 randek. Mniej lub bardziej udanych. Na 88 randce Chris McKinley w końcu znalazł swoją drugą połówkę – matematyczkę Tien Wang.

Są razem do dziś.

Miłość zapisana w danych: randka w jasno, ślub w ciemno

Nic dziwnego, że polska telewizja również postanowiła zbić interes na analityce danych i skojarzyć ją z programami randkowymi. Tak się składa, że prenumeruję „Tele Tydzień” i postanowiłem sprawdzić , które z tych telewizyjnych super-produkcji uwikłane są w Big Data.

Kiedyś triumfy na szklanym ekranie święcił program „Randka w ciemno”, prowadzony przez Jacka Kawalca. Dla tych, którzy nie pamiętają – mała ściągawka. W „Randce w ciemno” za parawanem siedziała na barowych stołkach trójka kandydatów, a po drugiej stronie parawanu poszukujący miłości zadawał im po trzy pytania. Później, wyłącznie na podstawie głosu kandydata/kandydatki, przenoszącego chemię między pytającym a pytanym nad parawanem, Jacek Kawalec pytał: to z kim idziesz na randkę w ciemno? Poza tymi 3 pytaniami uczestnicy nie wiedzieli o sobie kompletnie nic. Producenci programu również dobierali kandydatów bez jakiegokolwiek klucza, może poza wiekiem, choć zdarzało się, że i ten wskaźnik nie był jakoś szczególnie respektowany. Wiadomo – czego się nie robi do podkręcenia popularności. Aha – i rozrzut nagród był całkiem spory. Można było wygrać wspólny tydzień w Tunezji lub w Ciechocinku. Randka w ciemno utrzymała się na antenie TVP przez 13 lat. Zdjęli ją w 2005 z powodu niskiej oglądalności. Formuła „w ciemno” po prostu przejadła się telewidzom.

11 lat później ktoś postanowił, że może warto byłoby przetestować formułę „w jasno”. Nie ma już parawanu, nie ma pytań do kandydatów, ba – nie ma nawet prowadzącego. Jest tylko dwójka ludzi, łóżko i wielki ekran wyświetlający polecenia. Program zwie się „Undressed: Randka w łóżku”, nadaje go telewizja TLC. Jego głębię można porównać chyba tylko do głębokości basenu w polsatowskim Celebrity Splash. Pomysł jest więc dość płytki: pierwsza randka ma zacząć się tam, gdzie z reguły kończy się ta bardzo dobra randka, czyli w łóżku. W negliżu. Partnerzy mają 30 minut na ściągnięcie z siebie fatałaszków. Rozbierają się jednak nie tyle do rosołu, co do bielizny. A potem lądują razem w pościeli. Mogą robić co chcą. Po upływie tego czasu decydują, czy chcą umówić się na kolejną randkę. Jak dla mnie przypomina to nieco „randkę Schrodingera”: spotkanie dwójki osób może skończyć się w łóżku lub okazać totalną klapą. Żeby jednak sprawdzić wynik – trzeba na tę randkę pójść, a może raczej: wejść. Do łóżka. Nie ma innej opcji. Swoją drogą to całkiem niezły handicap dla facetów bądź kobiet, którzy/które marzą o skrzyżowaniu stóp pod kołderką z przypadkowo poznanym partnerem, ale lubią przy tym towarzystwo profesjonalnych kamer, reżyserskich dogrywek i błysku fleszy.

MTV poszło o krok dalej. W programie „Dopasowani” (angielski tytuł: „Are you the one?”) amerykańska stacja telewizyjna, która kiedyś była stacją muzyczną, zebrała grupę 10 kobiet i 10 mężczyzn. Każdy z nich został dobrany w taki sposób, że idealnie pasuje tylko do 1 partnera. To tytułowe dopasowanie gwarantują dane z kwestionariuszy wypełnianych przez uczestników przed programem, na etapie selekcji. Spowiadali się w nich ze wszystkich swoich pragnień, preferencji, gustów i zainteresowań. Później twórcy programu odszukiwali profile z niemal 100 procentową zbieżnością. Zadaniem uczestników jest ustalenie, kto i dla kogo jest idealnym partnerem. Mają na to 10 randek, a na randkę mogą zabrać oczywiście tylko 1 partnera z dziesiątki. Jeśli wszyscy znajdą swoją drugą połówkę – grupa wygrywa określoną pulę pieniędzy.

Najlepsze zostawiam na koniec. Elementy Big Data zostały wykorzystane również w programie „Ślub od pierwszego wejrzenia”, firmowanym przez TVN. Show wzbudza poważne kontrowersje w tradycyjnych środowiskach, ponieważ jego formuła jest prosta: para spotyka się ze sobą po raz pierwszy “przed ołtarzem”, gdzie ma powiedzieć sobie „tak”. Za dobór przyszłych małżonków odpowiada grono trzech specjalistów: psycholog, antropolog i seksuolog, którzy – na podstawie rozmów oraz danych zgromadzonych o kandydatach – dopasowują do siebie dwie, ponoć idealne, połówki. W opisie programu czytamy: „Profil psychologiczny, względy charakterologiczne, aktywność i sprawność seksualna, ale też pomiary antropologiczne i ogólna atrakcyjność, a nawet zapach ciała i tembr głosu miały wpływ na ostateczne wyniki badań naukowców. Po uzyskaniu wyników wszystkich skrupulatnych analiz i dociekliwych testów, w czasochłonnej i trzymającej w napięciu ostatecznej debacie ekspertów, zostały dopasowane trzy pary, które z punktu widzenia nauki, mogą zmienić się w trwałe i szczęśliwe małżeństwa”. To wypisz wymaluj profil behawioralny, z którym analitycy internetowego Big Data stykają się każdego dnia, dopasowując do Was reklamy w Sieci, tak jak w tych wszystkich reality shows dopasowuje się przypadkowych partnerów do siebie. Różnica jest taka, że Wam nie przypisuje się 1 reklamy na całe życie, tylko zmienia się ją w zależności od tego, jak zmieniają się Wasze gusta. I nikt Wam nie każe brać ślubu z reklamą.

We wszystkich wspomnianych wyżej reality shows nie ma mowy o jakimkolwiek przypadku w parowaniu ze sobą ludzi. Twórcy powyższych programów zadbali o to, aby partnerzy mieli mogli znaleźć wspólny język. Niekoniecznie ten biologiczny. Rolę swatki spełnia tu oczywiście analityka danych. W tym celu starannie „przetrzepano” profile zainteresowań kandydatów do „Randki w łóżku”, „Ślubu od pierwszego wejrzenia” czy „Dopasowanych”, dopasowując do siebie ludzi pod kątem największej zbieżności między ich danymi. Z kwestionariuszy i wywiadów stworzono profile behawioralne, czyli wzorce ich zachowań i zainteresowań. Następnie poszukiwano podobnych profili u osób płci przeciwnej. Na tej podstawie oceniono: ten związek ma szansę zaiskrzyć.

Randkowanie z danymi

Czas na łyżeczkę dziegciu w tym słodkim jak targi kucyków Pony obrazku. Big Data pomaga w znalezieniu drugiej połówki, lecz bazowanie wyłącznie na samych danych może okazać się zbyt narcystycznym posunięciem. To, czego nie da się w ludziach zaprogramować, to wolność wyboru oraz – a jakże – prawo do działania wbrew samym sobie. Przykład? Amarnath Thombre, dyrektor zarządzający w Match.com, ironicznie i zgrabnie podsumował tę sytuację:

– Użytkownicy zarejestrowani na Match.com zaznaczają listę preferowanych cech, których oczekują od przyszłego kandydata. Gdy jednak popatrzymy, z kim faktycznie rozmawiają na portalu, to okazuje się, że łamią swoje wybory i zasady. Przykładowo – na liście zaznaczyli atrybut “pieniądze” jako ważną cechę ich przyszłego partnera, ale w rzeczywistości wymieniają wiadomości z domorosłymi artystami czy gitarzystami basowymi.

Thombre mówi mniej więcej tyle: deklarować i zaznaczać to jedno, a wybierać – to drugie. Wolności i nieracjonalnego zachowania nie da się zawrzeć w algorytmie.

Dzięki analityce danych można natomiast wyłuskać kilka zwrotów, których wykorzystanie podreperuje szanse na drugą randkę. Match.com, analizując działania swoich użytkowników w raporcie „Singles in America”, zwraca uwagę na trzy takie zachowania. Zaproszenie kogoś na sushi – podnosi szansę na drugą randkę o 170 proc. Rozbawienie kogoś podczas rozmowy, skutkujące reakcjami typu „LOL” czy „haha” – to wzrost szans na spotkanie z tą osobą o 255 proc. Nie wolno natomiast pozwolić na przestoje w komunikacji. Statystyczny mężczyzna na Match.com czeka średnio 11 dni na wiadomość zwrotną od partnerki. Natomiast statystyczna kobieta czeka raptem tydzień. Jeśli odpowiedź nie nadchodzi – obie płci rozpoczynają miłosne łowy na nowo.

Analityka Big Data pozwala również łatwo zdiagnozować kłamstwa i kłamstewka, po jakie najczęściej sięgamy w procesie czarowania drugiej osoby. Według raportu badaczy danych z Uniwersytetu w Berkeley 60 proc. osób randkujących online kłamie o ich wadze, 48 proc. dodaje sobie kilka centymetrów do wzrostu, a 19 proc. podaje nieprawdziwe informacje o wieku. Kłamiemy również w kwestii naszych przychodów (podając z reguły pensję o 20 proc. wyższą niż faktycznie jest), kłamstwo fotografii (zamieszczamy stare zdjęcia, na których jesteśmy młodsi, szczuplejsi i piękniejsi) oraz kłamstwo orientacji seksualnej (użytkownicy deklarujący się jako biseksualiści często interesują się tylko jedną, konkretną płcią).

Gabriel Garcia Marquez napisał kiedyś książkę, która została okrzyknięta mianem „porywającego romansu wszech czasów”. Mowa o „Miłości w czasach zarazy”. Być może gdyby kolumbijski Mistrz pochylił się ponownie nad tematyką miłości, ale osadził ją już w dzisiejszym, cyfrowym świecie, to w jednym z rozdziałów skrobnąłby słówko o miłości w kontekście analityki danych.

Big Data rozwiązuje wiele problemów dzisiejszego świata. Samotność z pewnością należy uznać za jeden z nich. Wykorzystanie danych do łączenia ludzi w pary i dopasowywania do siebie, można traktować jako znak cyfrowych czasów. Big Data to nie tylko narzędzie biznesowe. Dzięki niej można się zakochać albo chociaż zwiększyć swoje szanse na znalezienie miłości.

Komentarze

Polecane

Dzięki, link został przesłany

Zamknij

Serdeńko!
Lubisz już nasz fanpage?

Wystarczy kliknąć:

zobacz nasz fanpage >> Zamknij

Niech zapisze się
do newslettera!

Zostaw e-mail
i powolutku strzałeczka na guziczek!

Zamknij