Powiem więcej. Pisałem scenariusze, stałem za kamerą, montowałem, a nawet brałem czynny udział w nagraniach (jako tak zwany „prowadzący”). W zaledwie czteroosobowym dziale marketingu to ja byłem osobą, która fizycznie robiła filmy. W tym czasie konto urosło z 7 do ponad 60 tysięcy obserwujących, dwa filmy przekroczyły milion wyświetleń organicznie (a inne wcale mocno nie odstawały), a uczelnia jako pierwsza szkoła wyższa w Polsce otrzymała weryfikację konta na TikToku.
Ten artykuł nie będzie poradnikiem w stylu „5 magicznych kroków do sukcesu na TikToku”. To case study z pierwszej linii frontu. Opowiem co zadziałało, a co nie i czego nauczyłem się po drodze. Bez magii i bez bajek.
Zobacz również
Punkt wyjścia: 7 tysięcy obserwujących i content, który działał… umiarkowanie
Kiedy zaczynałem, konto uczelni miało już 7 tysięcy obserwujących i trochę contentu, czyli zabawne filmiki, z których część osiągała całkiem przyzwoite organiczne wyniki. Nie było źle. Ale nie było też momentu przełomowego, który zmieniłby skalę. No i te wyniki nabiła osoba, która pracowała na tym stanowisku przede mną już jakiś czas temu. Konto leżało odłogiem od miesięcy, więc na dobrą sprawę te 7 tys. obserwujących na tego typu koncie to tylko liczba bez pokrycia.
Na początku testowaliśmy podejście, które wydawało się logiczne: dwa filmy dziennie. Rano merytoryczny TikTok, np. ciekawostka wykładowcy albo format „10 szybkich pytań do wykładowcy” (np. wolisz lato czy zimę?), a po południu coś zabawnego. Brzmi rozsądnie? Może. Ale średnio działało. Merytoryczne treści z wykładowcami nie łapały na TikToku tyle zasięgów, ile na innych platformach. Algorytm ich po prostu nie rozprowadzał.
To była pierwsza lekcja: TikTok to nie jest kanał, na którym wrzucasz ten sam content co wszędzie indziej. Trzeba podejść do tego inaczej. Tworzyć treści stricte pod TikToka.
Boomer Garaż – interaktywny teledysk, w który możesz grać [CASE STUDY]
Przełom: „Quiz w bibliotece”
Zmiana nastąpiła w momencie, kiedy wypuściliśmy pierwszy quiz. Inspirowałem się zagranicznym kontem braci, którzy nagrywali quizy w akademiku, ale pomysł na „Quiz w bibliotece” był autorski i prosty: jesteśmy w bibliotece (niemożliwe, prawda?), dwóch zawodników, prowadzący zadaje pytania z wiedzy ogólnej. Kto nie odpowie albo odpowie za późno, dostaje książkę do rąk. I teraz: albo dojdziemy do końca pytań albo ktoś nie wytrzyma pod naporem podręczników (a na studiach potrafią być ogromne cegły ważące parę kilo).
Słuchaj podcastu NowyMarketing
Pierwszy odcinek serii przekroczył milion wyświetleń. Organicznie. Bez promowania. Po prostu trafił idealnie. 180 punktów, jak w darcie.
Dlaczego? Bo quiz łączy trzy elementy, które TikTok kocha: interakcję (widzowie odpowiadali w głowach razem z uczestnikami), emocje (śmiech, zaskoczenie, rywalizacja) i powtarzalny format (ludzie wiedzieli czego się spodziewać i chcieli wrócić po więcej).
Po tym quizie konto eksplodowało. Kolejne odcinki generowały setki tysięcy wyświetleń. Doszły nowe formaty quizowe: „Łaciński zwrot prawniczy czy nazwa rośliny?”, „Państwa miasta”, „Familiada”. Każdy miał ten sam fundament: prowadzący za kamerą, charyzmatyczni uczestnicy przed kamerą i nieprzewidywalne pytania oraz odpowiedzi.
Dziekan z TikToka
Jeden z dziekanów uczelni, dr Maciej, zaczął brać czynny udział w naszych quizach. I stał się fenomenem.
Dr Maciej był niepokonany w „Quizie w bibliotece”. Pomimo wielu prób i wielu studentów, którzy stanęli z nim w szranki, nie udało się go pokonać. Widzowie go uwielbiali. Komentarze pod odcinkami z jego udziałem były pełne zachwytu i prób typowania kogoś, kto wreszcie go pokona.
Jego popularność na TikToku przełożyła się na rozpoznawalność w realnym życiu uczelni. Doszło nawet do sytuacji, w której student podczas obrony pracy dyplomowej zapomniał ze stresu, jak nazywa się dr Maciej, i zwrócił się do niego „Panie Dziekanie z TikToka”. Trudno o lepsze potwierdzenie, że content działa.
To jest coś, czego żaden brief agencyjny nie zaplanuje. Dr Maciej nie grał roli. Po prostu był sobą, a kamera to wyłapała. I to jest kolejna lekcja: jeśli masz w organizacji osobę z naturalną charyzmą, która nie boi się kamery, daj jej przestrzeń. Efekty zaskoczą.
Człowiek za kamerą, którego nikt nie widział
Jeden z ciekawszych elementów naszej strategii zaczął się przypadkiem, a potem stał się celowy. Prowadziłem quizy zza kamery. Byłem słyszalny, ale niewidoczny. Widać było tylko uczestniczki i uczestników. Pod praktycznie każdym filmem pojawiały się komentarze w stylu: „kiedy zobaczymy prowadzącego?”. Odpisywaliśmy „może kiedyś” podsycając tajemniczość.
Byłem jak taki Żurnalista, ale bez pozaciąganych długów. I to faktycznie zaczęło generować dodatkowe zaangażowanie. Ludzie wracali, żeby sprawdzić, czy w końcu się pokażę. Tego nie da się do końca zaplanować. Ale kiedy to zauważyliśmy, świadomie utrzymywaliśmy tę tajemnicę. Bo na TikToku zaangażowanie jest walutą, a ciekawość jednym z najskuteczniejszych sposobów, żeby je generować.
Harmonogram, który działał
Po fazie testów ustaliliśmy rytm, który przynosił najlepsze wyniki:
- poniedziałek: zabawny filmik,
- wtorek: quiz,
- środa: zabawny filmik,
- czwartek: quiz,
- piątek: zabawny filmik,
- sobota: quiz,
- niedziela: przerwa.
Na zmianę: humor i quiz, humor i quiz. Proste, powtarzalne, skuteczne.
Czy godzina publikacji miała jakieś znaczenie? Pewnie będzie multum osób, które od razu krzykną: „oczywiście! Najlepsza jest [i tutaj wpisz losową godzinę]”. Powiem szczerze: testowaliśmy różne scenariusze godzinowe i żaden nie przynosił jakichś widocznych odchyleń czy to w jedną, czy to w drugą stronę. Na TikToku nie ma magicznych widełek czasowych, które powodują, że nawet lipny film się wybije. Mamy czas sztucznej inteligencji, która pisze za studentów prace dyplomowe, a ktoś jeszcze żyje w przekonaniu, że algorytmy social mediów są głupie i można je tak łatwo oszukać? Liczy się treść, jakość Twojego contentu. I tyle. A to czy wrzucisz to o 10:00 czy 23:00 nie zrobi dużej różnicy.
Nagrywaliśmy materiały zbiorczo. W jeden dzień kręciliśmy materiał na najbliższe 2-3 tygodnie. To pozwalało utrzymać jakość i regularność bez codziennego stresu „co dziś wrzucimy”. Zabawne TikToki natomiast często nagrywaliśmy spontanicznie, szczególnie kiedy coś stawało się viralem i chcieliśmy na to zareagować.
Sprzęt? Kamera, profesjonalne oświetlenie, mikrofony krawatowe. Nie dlatego, że TikTok wymaga jakości telewizyjnej, bo nie wymaga. Ale dobry dźwięk i czytelny obraz sprawiają, że widz zostaje dłużej. A czas oglądania to jeden z głównych sygnałów dla algorytmu.
Rozpoznawalne twarze, nie tylko organicznie
Równolegle do contentu organicznego prowadziliśmy kampanie płatne w formie dark postów, czyli filmy typowo sprzedażowe, które nie pojawiały się na gridzie konta, ale trafiały do odbiorców przez reklamę na TikToku. Celowo obsadzaliśmy w nich te same osoby, które widzowie znali.
Logika była prosta: przyzwyczailiśmy publiczność do konkretnych twarzy poprzez content organiczny, a potem wykorzystywaliśmy tę rozpoznawalność w reklamach płatnych. Te same osoby pojawiły się nawet na okładce katalogu uczelni. Efekt? Reklamy z rozpoznawalnymi twarzami działały lepiej, bo widzowie podświadomie im ufali, w końcu znali je z TikToków, które oglądali dla rozrywki.
To jest strategia, o której rzadko się mówi: organiczny content buduje rozpoznawalność, a płatne kampanie ją monetyzują. Jedno bez drugiego działa gorzej.
Co nie zadziałało
Nie wszystko było sukcesem. I szczerze mówiąc, porażki nauczyły mnie więcej niż virale.
- Merytoryczne treści z wykładowcami. Ciekawostki naukowe, krótkie wypowiedzi ekspertów. Na Instagramie i Facebooku zbierały przyzwoite wyniki, ale na TikToku algorytm ich nie rozprowadzał. Ludzie nie przychodzili na TikToka uczelni po edukację. Przychodzili po rozrywkę. Ale na poziomie.
- „Czytamy negatywne komentarze, jakby to była poezja.” Ola, jedna z naszych studentek, siedziała w reprezentatywnym pokoju z elegancką książką i szklaneczką coli, pod obrazem Kwiatkowskiego (patron uczelni) i czytała hejterskie komentarze z pełną powagą. Wydawało nam się to genialne. Niestety algorytm się nie zgodził. Filmy z tej serii miały bardzo małe zasięgi. Co ciekawe, nieliczne osoby, które je obejrzały, reagowały pozytywnie. Problem nie był w jakości, TikTok po prostu nie chciał ich rozprowadzać. Za bardzo z nową serią odeszliśmy od głównej niszy.
- Quizy bez dyskusji. Niektóre formaty quizowe, w których brakowało rozkmin i rozmów między uczestnikami, wypadały dużo słabiej. Nasza publika uwielbiała spontaniczne dyskusje, przekomarzanie się, absurdalne argumenty. Bez tego element emocjonalny znikał i wyniki spadały.
Wniosek? Na TikToku nie wystarczy mieć dobry pomysł. Trzeba mieć format, który algorytm chce rozprowadzać. A algorytm kocha emocje, interakcję i czas oglądania.
Prawda jest taka, że trzeba próbować, ciągle starać się znaleźć tę naszą jedyną serię-niszę. Jak ją w końcu znajdziesz, jak zobaczysz, że wreszcie wyświetlenia „wybuchły”, to trzymaj się tego. To potrwa (na uczelni czekaliśmy około roku), ale w końcu się uda, jeśli masz pomysły i jakościowy content.
To nie sprzęt, a ludzie robią TikToki
Mogę mieć najlepszą kamerę, oświetlenie i mikrofon, ale bez odpowiednich ludzi przed kamerą nie byłoby milionowych wyświetleń.
Nasz dział marketingu liczył cztery osoby. Większość scenariuszy i pomysłów na formaty pochodziła ode mnie, ja stałem za kamerą i montowałem materiały. Ale jedną z osób w zespole była Ania, specjalistka ds. social mediów, która jednocześnie czynnie występowała w TikTokach. Obok niej główne role grały Ola i Roksana.
Te trzy osoby i ja w roli prowadzącego mieliśmy „to coś”, czego nie da się nauczyć ze scenariusza: naturalną charyzmę i prawdziwy vibe między sobą. Widzowie to czuli. Dlatego wracali. Nie dlatego, że kręciliśmy quizy, bo quizy robi mnóstwo osób na TikToku. Ale dlatego, że lubili spędzać czas z tymi konkretnymi osobami.
Scenariusz, jakość nagrania, montaż – to wszystko oczywiście też ma znaczenie. Ale jeśli miałbym wybrać jeden element, który zdecydował o sukcesie, to byłaby ta autentyczna energia, której nie da się sfabrykować.
Weryfikacja konta: za trzecim razem się udało
Po tym jak Prawo Marcina opisało swoje trudności z weryfikacją konta na TikToku, postanowiłem sam spróbować. Ciekawiło mnie, jak nam pójdzie.
Nie poszło łatwo. Dwa pierwsze wnioski zostały odrzucone. Za trzecim razem udało się, ale musiałem udowadniać dokumentami, że tak, jesteśmy uczelnią z Polski. Tak, mamy wykładowców. Tak, wykładowcy występowali w TV. Naprawdę. Musiałem wysyłać m.in. zrzut ekranu z naszym wykładowcą, który pojawił się w Panoramie. Na szczęście to przesądziło.
WSAiB dostało weryfikację jako pierwsza uczelnia w Polsce na TikToku. Drobny szczegół? Może. Ale w oczach algorytmu i użytkowników zweryfikowane konto buduje wiarygodność i wyróżnia się w wynikach wyszukiwania.
Efekt kuli śniegowej
Quizy przyciągnęły publiczność. Publiczność zostawała na zabawnych filmikach. Zabawne filmiki, które wcześniej miały przeciętne wyniki, nagle zaczęły generować dużo wyższe wyświetlenia, bo algorytm widział, że konto ma zaangażowaną bazę widzów.
To jest mechanizm, którego wiele osób nie rozumie: na TikToku nie musisz mieć viralowego contentu w każdym formacie. Potrzebujesz jednego formatu, który wybucha, a reszta jedzie na jego plecach.
Przed quizami nasze zabawne filmiki robiły może kilka tysięcy wyświetleń. Po quizach, to było już kilkadziesiąt, a czasem kilkaset tysięcy. Ten sam typ contentu, ta sama jakość. Jedyna różnica: większa baza obserwujących i więcej sygnałów zaangażowania dla algorytmu.
Instagram miał też swoją historię
Ciekawy efekt uboczny: zabawne filmiki, które po publikacji na TikToku trafiały też na Instagrama, często osiągały tam bardzo dobre wyniki. Czasami nawet lepsze niż na TikToku. To dowodzi, że oba algorytmy działają inaczej i nie zawsze ten sam film „wygra” na obu platformach. Warto testować crosspostowanie, ale nie wolno tego traktować jako strategii samej w sobie. Quizy tworzyliśmy wyłącznie pod TikToka. I tam robiły furorę. Na Instagramie nie publikowaliśmy ich wcale.
Rozkminy studenckie – format, który zapoczątkował wzrost
Zanim quizy stały się naszym flagowym formatem, pierwszym sygnałem, że konto łapie wiatr w żagle, były „Rozkminy studenckie”. Format prosty: jedna osoba w zabawny sposób mówi coś oczywistego albo zwraca uwagę na paradoks, często była to też jakaś zabawa słowem. Krótkie, celne, z puentą.
To od nich zaczęliśmy widzieć, że naturalność i humor sprzedają się lepiej niż wyreżyserowane scenki. „Rozkminy” nie robiły milionów, ale dały nam jasny sygnał: publika chce rozrywki opartej na dyskusji i spontaniczności. Quizy były naturalną ewolucją tego formatu, tyle że z większą strukturą i powtarzalnością.
Co z tego wynika dla innych?
Nie zamierzam udawać, że mam uniwersalną receptę. Ale kilka rzeczy, które sprawdziłem na własnej skórze, mogę podać jako twarde wnioski:
- Szukaj swojej niszy i trzymaj się jej. Testuj formaty, ale kiedy coś zadziała, to jedź na tym. Nasz sukces zaczął się od quizów i to quizy budowały bazę. Bez nich reszta contentu miałaby ułamek wyników.
- Twórz content specjalnie pod TikToka. Nie przerabiaj filmów z YouTube ani Instagrama. TikTok ma swoją specyfikę: tempo, format, styl. Treści „uniwersalne” przegrywają z treściami „natywnymi”.
- Ludzie przed kamerą to nie statyści. Jeśli Twoi aktorzy nie mają charyzmy i naturalności, żaden scenariusz tego nie nadrobi. Szukaj osób, z którymi chcesz spędzać czas, a widzowie to wyczują.
- Organiczne treści i płatne kampanie nie wykluczają się, ale uzupełniają. Buduj rozpoznawalność twarzy organicznie, a potem wykorzystuj ją w kampaniach płatnych. Dark posty z twarzami, które widzowie znają z feedu, działają lepiej niż reklamy z anonimami.
- Merytoryka na TikToku działa inaczej. Nie mówię, że „edukacja nie działa na TikToku”, bo działa, ale inaczej. Nasze quizy były edukacyjne (np. pytania z wiedzy ogólnej w „Quizach w bibliotece”), ale opakowane w rozrywkę. Sucha merytoryka z głową mówiącą do kamery, to na TikToku raczej nie zadziała, chyba że masz wyjątkową osobowość.
- Regularność jest ważniejsza niż doskonałość. Nagrywaliśmy zbiorczo, publikowaliśmy codziennie (poza niedzielą). Algorytm nagradza regularność i przewidywalność, bo wie, że Twoi widzowie wracają i rozprowadza Twój content dalej.
- Mierz się z porażkami. Nie każdy format wystrzeli. Dalej uważam, że „Czytanie negatywnych komentarzy jak poezja” było świetnym pomysłem, ale nie wstrzeliliśmy się czasowo i mieliśmy już swoją niszę. I to jest OK. Lepiej szybko to rozpoznać i wrócić do tego, co działa.
Na koniec
Kiedy odchodziłem z uczelni, konto miało ponad 60 tysięcy obserwujących, weryfikację i stały rytm publikacji. Przez te dwa lata nauczyłem się więcej o tworzeniu contentu niż z jakiegokolwiek kursu czy konferencji.
Bo TikTok to nie jest platforma, na której wystarczy „być”. To platforma, na której trzeba słuchać: po części algorytmu, ale przede wszystkim widzów i własnej intuicji. Czasem trafisz od razu. Częściej będziesz testować, zmieniać, wyrzucać pomysły do kosza. Ale kiedy w końcu znajdziesz swój „Quiz w bibliotece”, to będziesz wiedział. Bo liczba wyświetleń sama Ci to zakomunikuje.