O aktorze, którego wizerunek przez lata był starannie wygładzany, a który nagle postanowił ten wizerunek rozbroić na oczach wszystkich. Internet oszalał. A24 ma nowy najbardziej dochodowy film w swoim katalogu. W Polsce na samych pokazach przedpremierowych pojawiło się 100 tys. widzów. Chalamet dostał Złotego Globa i nominacje do Oscara. Czy kampania „Wielkiego Marty’ego” przyniesie mu upragnioną statuetkę? I najważniejsze: czego możemy się z niej nauczyć?
Sophisticated boy czy… white boy of the year?
Przez lata Timothée Chalamet funkcjonował jako modelowy przykład „poważnego młodego aktora”. Cannes, europejskie kino, aura intelektualnej wrażliwości. Cały świat zachwycił się Elio z „Tamte dni, tamte noce”. 2017 rok był przełomowy dla Chalameta – ustalił wyraziście trajektorię jego kariery, wizerunek i przyniósł pierwszą nominację do Oscara.
Zobacz również
Persona „sophisticated boy” była wygodna – dla studiów, dla krytyków, dla sezonu nagród. Była też skuteczna. Chalamet szybko został wpisany w narrację o następcy Leonarda DiCaprio. Aktor ambitny, utalentowany, cierpliwie rozwijający karierę, o zachwycającej, androgenicznej urodzie, budujący swoimi rolami intrygujące portrety nowej męskości. Persona „sophisticated boy” była wizerunkiem konsekwentnie budowanym, pielęgnowanym i skrupulatnie chronionym. Taki wizerunek nie wywołuje oporu, ani kontrowersji. Akademia go akceptuje. Krytycy go lubią. Marki luksusowe mogą uczynić z niego swojego ambasadora.
Kampania promująca „Marty Supreme” wzbudziła skrajne emocje, zwłaszcza u osób kojarzących Chalameta z estetycznego i intelektualnego „wyrafinowania”. Tych samych osób, które nie rozumieją jego relacji z Kylie Jenner. A to wszystko zawsze tam było, pod wizerunkową maską. „It’s not that deep”.
Salto kardynała i „nagie” fake newsy. Dlaczego marketing musi wypowiedzieć wojnę deepfake’om
Szok tym samym nie wynikał z samej kampanii, ale z dysonansu poznawczego. Oto aktor, którego utożsamiano raczej ze sztuką „wyższą”, egzaltowaną, nagle ścina swoje charakterystyczne włosy, na jego twarzy pojawia się zarost, tańczy do „Crank That” i rapuje o tym, że jego przyrodzenie jest młode i niespokojne. Chalamet został ogłoszony „White Boy of the Year” podczas inauguracyjnych Believe That Awards – satyrycznego formatu prowadzonego na YouTubie przez Anthony’ego Edwardsa i Nicka Maddoxa. Wyróżnienie, przyznawane białemu mężczyźnie posiadającemu realny „street credit” w czarnej społeczności, trafiło właśnie do niego.
Słuchaj podcastu NowyMarketing
„Sophisticated boy” był konstruktem, który wymagał stałej kontroli narracji. Digital footprint Chalameta był (i jest) niezwykle bogaty, dlatego musiał zostać ujarzmiony albo przynajmniej zneutralizowany. I to się przez długi czas udawało. Dlaczego zatem postanowiono to zmienić?
Kompletnie (nie)znany – kim jest naprawdę Timothée Chalamet?
Najwytrwalsi doskonale pamiętają Chalameta jako Lil Timmy Tima – nastolatka rapującego na szkolnym przedstawieniu „Roman’s Revenge” Nicki Minaj czy piosenkę na zaliczenie statystyki. To jedne z najbardziej iconic momentów jego digital footprintu. Nie znikną nigdy. I choć były traktowane raczej jako ciekawostka, to sporo mówiły o samym aktorze.
W końcu Chalamet nie dorastał w próżni. Czy niektórzy chcą tego, czy nie – to zillenials. Jego fascynacja rapem, Kidem Cudim, streetwearem, czarną kulturą nie pojawiła się nagle w 2025 roku. Ona była obecna od zawsze, tyle że nie mieściła się w konkretnej narracji. I nawet jeśli pojawiały się pęknięcia, takie jak choćby jego występy w Saturday Night Live, miały świadczyć o dystansie, a nie o osobowości.
Dotychczasowe kampanie Chalameta były projektowane według klasycznej logiki sezonu nagród: primary audience – branża, secondary audience – kinofile, publiczność masowa jako efekt uboczny. Komunikaty kierowano do Akademii, krytyków, festiwali i instytucji prestiżu. Wywiady, wybory ról i narracje wizerunkowe miały przede wszystkim potwierdzać jedno: że Chalamet „zasługuje”.
Przy „Kompletnie nieznanym” – biografii Boba Dylana – widać było, że Chalamet ma apetyt na więcej. Kampania wokół tego filmu formalnie mieściła się we wcześniej wspomnianym schemacie, ale jednocześnie rozszczelniała go.
Zamiast intensyfikować komunikację branżową, działania zaczęły funkcjonować na poziomie kulturowym. Pojawienie się Timothée Chalameta na konkursie sobowtórów w Nowym Jorku, wizyty na kampusach uniwersyteckich (w tym University of Minnesota), rozmowy w formatach podcastowych o silnym zasięgu popkulturowym, takich jak „This Past Weekend with Theo Von” oraz „The Broski Report”, występy w lokalnych stacjach telewizyjnych, obecność podczas prób orkiestry marszowej, a także nieformalna obecność w przestrzeni miejskiej poza klasycznym obiegiem premierowym sygnalizowały wyraźne przesunięcie. Dopełnieniem tych działań było pojawienie się aktora na nowojorskiej premierze Kompletnie nieznanego w stylizacji bezpośrednio odwołującej się do jednego z ikonicznych wizerunków Boba Dylana (blond włosy, Sundance, 2003) czy wjazd na londyński czerwony dywan rowerem miejskim Lime.
W tym sensie „Kompletnie nieznany” był rozgrzewką, która pokazała, że Chalamet i jego zespół potrafią kreatywnie balansować na granicy tradycyjnego PR-u i współczesnej kultury. Nadal jednak był to ruch skierowany głównie do kinofilów, krytyków, branży.
„Kompletnie nieznany” celował w widza z konkretnym kapitałem kulturowym – publiczność, która rozumie zarówno Boba Dylana, jak i ironiczny dystans wobec jego mitu. Wciąż relatywnie wąska. Chalamet pozostawał „pretendentem”, który flirtuje z inną energią, ale nie zmienia zasad gry. Marty Supreme robi coś radykalnie innego.
Od aktora do brandu: Marty Supreme
Cele kampanii promocyjnej „Wielkiego Marty’ego” rozkładają się inaczej. Nie chodzi już wyłącznie o nagrody czy recenzje. Chodzi o rozpoczęcie rozmowy, dotarcie do młodych, przekonanie nieprzekonanych. Chalamet deklarował nie tylko, że ma ambicje, ale i misję.
Popularyzuje kino artystyczne, angażując społeczność, zamiast ją pouczać. Nie tłumaczy, dlaczego film jest ważny. Sprawia, że chce się o nim mówić.
Ruchy robione wokół „Kompletnie nieznanego” były nie tyle podchodami do większych akcji, ile działaniami skierowanymi bezpośrednio do kinofilii. „Marty Supreme” przestawia wektor. Jego adresatem jest pokolenie, które w ogromnej mierze odłączyło się od kina jako instytucji prestiżu.
Dla Gen Z festiwale, nagrody, recenzje krytyków nie pełnią już funkcji przewodników kulturowych. Klasyczne media i teksty zastępują media społecznościowe i influencerzy zajmujący się tematem kina. Znacznie ważniejsze są autentyczność, energia, performans i możliwość identyfikacji. Rejony, w które teamy PR nie wpuszczają swoich podopiecznych bez media trainingu.
Chalamet długo grał w tę grę zgodnie z zasadami. Jeśli liczymy od przełomu, czyli „Tamte dni, tamte noce”, to wychodzi niemal dekada. Biorąc pod uwagę, ile lat czekał na Oscara DiCaprio to niewiele. Ale to nie ma znaczenia. Bo kiedy strategia nie działa należy ją zmienić, zoptymalizować. I czasem zaryzykować.
Zamiast próbować przekonać starszych widzów do młodej energii, Chalamet robi coś odwrotnego: próbuje wciągnąć młodych widzów do przestrzeni kina, nawet jeśli oznacza to rezygnację z czytelności dla instytucji.
„Marty Supreme” sprzedaje uczestnictwo w momencie kulturowym, który wydarza się tu i teraz. Widzowie w Polsce (i nie tylko) mierzyli się z FOMO, bo film miał swoją premierę miesiąc po światowej. Dlatego tłumnie ruszyli na pokazy przedpremierowe. 100 tys. widzów.
Chalamet nie próbuje być mentorem ani wzorem. W końcu jest jednym z nas. I to właśnie ta strategia sprawia, że młody widz może po raz pierwszy od dawna pomyśleć: okej, może jednak pójdę do kina.
Nie dla filmu. Dla doświadczenia.
Drop, viral, prowokacja: dlaczego ta kampania przypomina streetwear (i dlaczego to nie jest zarzut)?
Jakiś czas temu trafiłam na komentarz o tym, że „Wielki Marty” jest promowany jak marka streetwearowa. To oczywiście uproszczenie, ale ma w sobie sporo prawdy. Film korzysta ze strategii znanych z tego świata: dropów, limitowanych elementów, prowokacji, gry z community. Kurtki, kontrowersyjna okładka Vogue, kontrolowane „wycieki” spotkań działu marketingu, ironia. Rzecz rzadko spotykana w kinie głównego nurtu i niemal niespotykana w kampaniach oscarowych.
Chodzi tu o przeniesienie logiki kulturowej streetwearu do marketingu filmu. Sprzedawanie przynależności, momentu i symbolicznej wartości samego uczestnictwa.
Streetwear to przestrzeń, w której splatają się światy pozornie sprzeczne: premium z masowością, wysoka moda z rapem, luksus z ulicą. Kampania „Marty Supreme” adaptuje tę logikę. Zamiast jednej premiery medialnej otrzymujemy serię mikrowydarzeń, chaos komunikacyjny balansujący między autoironią a prowokacją.
Nieprzypadkowy jest tu również kolor. Intensywny pomarańcz, który stał się wizualnym podpisem kampanii, nawiązuje bezpośrednio do fabuły filmu. Bohater proponuje zastąpienie białych piłeczek pingpongowych pomarańczowymi, by były lepiej widoczne dla widzów. Ten odcień pojawia się konsekwentnie w stylizacjach Timothée Chalamet podczas premier, w akcesoriach, a przede wszystkim w kultowej już kurtce zaprojektowanej przez Doni Nahmias, która z filmowego gadżetu stała się nośnikiem całej idei „greatness” sprzedawanej wokół filmu. Nosili ją celebryci i artyści, w tym Hailey Bieber, Kid Cudi czy Frank Ocean.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje wykorzystanie teorii, że Chalamet mógłby być EsDeeKidem – tajemniczym (i szalenie popularnym) raperem z UK. Pytany w wywiadach, nie ucinał, a podgrzewał atmosferę. Mówił, że niedługo się wszystko wyjaśni. No i faktycznie wyjaśniło się w remixie do „4 Raws”. Chalamet nie tylko się dograł, nawijając kilka viralowych wersów, ale wystąpił również w klipie. Nie chodziło tu o promocję EsDeeKida, bo jego pozycja jest już ugruntowana i nie ma do co do tego żadnych wątpliwości, lecz o perfekcyjne wykorzystanie plotki i spekulacji. To sytuacja win-win dla obu artystów. Utwór trendował na TikToku, a Lil Timmy Tim został oficjalnie wskrzeszony.
Ta strategia buduje pomost między trudnym materiałem a młodą publicznością. Opowieść o ping-pongu w latach 50. nie jest „opakowywana” w młodzieżową estetykę. Zamiast tego młodzieżowa estetyka staje się językiem zaproszenia do kina.
Method acting czy method marketing?
Kampania „Marty Supreme” otwiera jeszcze jedną dyskusję. Gdzie kończy się strategia komunikacyjna, a zaczyna aktorski performans? Press tour filmu wzbudził wyraźny opór części odbiorców. Chalamet pojawiał się w mediach jako arogancki, chełpliwy, momentami wręcz irytujący. Mówił wprost o latach dostarczania „topowych, w pełni zaangażowanych ról”, świadomie burząc narrację skromności.
Dopiero z czasem stało się jasne, że nie chodzi o „prawdziwego” Chalameta, lecz o rozszerzenie postaci Marty’ego Mausera poza ekran. Aktor nie tyle grał siebie, ile przenosił cechy bohatera w przestrzeń medialną, uprawiając method acting poza planem zdjęciowym.
Porównania i skojarzenia z Joaquinem Phoenixem nie są ani przypadkowe, ani do końca trafne. Phoenix w latach 2008–2010 przeprowadził wieloletni performans, który punkt kulminacyjny miał w mockumencie „I’m Still Here”. Zapuszczona broda, ciemne okulary, chaotyczne wywiady i słynny występ u Davida Lettermana, podczas którego ogłosił, że kończy z aktorstwem, by zostać raperem…Media i widzowie autentycznie obawiali się o jego stan psychiczny, a chaos wokół „nowej tożsamości” Phoenixa realnie zaszkodził promocji filmu „Two Lovers”.
Różnica między Phoenixem a Chalametem nie leży więc w samym geście, lecz w intencjonalności i kontroli narracji. Chaos Chalameta jest zaprojektowany. Ograniczony czasowo. Osadzony w kampanii, która nie pali mostów. Nie ma na celu podważenia zaufania do aktora jako osoby, lecz wywołanie szumu wokół filmu i jego bohatera.
„Dream big”. Ambicja jako element strategii wizerunkowej
Hasło „dream big” to slogan „Wielkiego Marty’ego”. Dream big to również deklaracja, postawa, którą Chalamet realizuje również poza ekranem. Ambicja, kiedyś nonszalancka, dziś zaczyna być komunikowana wprost. Chalamet nie ukrywa, że mierzy wysoko, zna swoją wartość, a Oscar jest realnym celem.
Ambicja w Hollywood rzadko bywa deklarowana wprost. System nagród, mimo że opiera się na rywalizacji, preferuje narrację skromności. Talent ma być „odkrywany”, sukces „przychodzący sam”, aktor „zaskoczony” kolejną nominacją.
Timothée Chalamet nie aspiruje już po cichu. On komunikuje ambicję jako fakt. Najbardziej wyraźnie wybrzmiało to podczas przemowy na gali SAG Awards w 2025 roku, gdy wprost powiedział, że chce „być jednym z wielkich”, wymieniając nazwiska ikon aktorstwa i sportu jako swoje punkty odniesienia. Dla jednych była to odświeżająca szczerość i dowód samoświadomości, dla innych przejaw arogancji i zbyt wczesnego poczucia wielkości.
To zasadnicza zmiana w strategii wizerunkowej, bo dotychczasowa kariera aktora opierała się na innym, bardziej klasycznym mechanizmie. Role były nośnikiem ambicji, nie on sam. „Tamte dni, tamte noce”, „Do ostatniej kości”, „Małe kobietki” – wszystkie te projekty budowały kapitał, ale jednocześnie pozwalały aktorowi pozostać w bezpiecznej pozycji zdolnego młodego artysty, który „po prostu wybiera dobre scenariusze”.
„Dream big” funkcjonuje na kilku poziomach jednocześnie. Marketingowo jest to komunikat prosty, nośny, łatwy do powielenia w mediach społecznościowych. Przemysłowo – jasny sygnał dla branży: Chalamet postrzega siebie jako gracza pierwszej ligi i nie zamierza dłużej udawać, że nagrody są jedynie miłym dodatkiem.
I to właśnie odróżnia „Marty Supreme”, od tradycyjnych kampanii sezonu nagród. Zamiast opowieści o „ciężkiej pracy” i „wdzięczności za możliwość bycia częścią projektu”, pojawia się narracja o celu. O drodze prowadzącej do wielkości. O byciu aktorem, który rozumie mechanizmy przemysłu, potrafi je nazwać i wykorzystać.
W Hollywood ambicja, o ile nie zostanie odpowiednio opakowana, bywa odczytywana jako arogancja. Zwłaszcza wtedy, gdy deklaruje ją ktoś, kto wciąż znajduje się na granicy między „cudownym dzieckiem” a „pełnoprawnym mistrzem”.
Jednocześnie Chalamet balansuje na cienkiej granicy. Zbyt duża pewność siebie grozi odrzuceniem przez instytucje, które wciąż cenią hierarchię i cierpliwość. Zbyt duża pokora – utratą impetu kulturowego, który pozwolił tej kampanii wyjść poza branżową bańkę.
Internet wybrał. Akademia jeszcze nie
Pytanie nie brzmi więc, czy Chalamet chce Oscara. To jest oczywiste. Pytanie brzmi, czy Akademia jest gotowa nagrodzić kogoś, kto nie udaje, że mu nie zależy.
Kampania „Marty Supreme” jest jedną z najciekawszych kampanii promocyjnych w kinie ostatnich lat. Skuteczną kulturowo. Skuteczną frekwencyjnie. I jednocześnie pełną (pop)kulturowej erudycji i bezczelności.
Ryzyko tej strategii jest oczywiste. Akademia może tego nie kupić. Może uznać to za przejaw arogancji i braku pokory wobec systemu.
Wyścig po nagrody nigdy nie ma jednego faworyta i nigdy nie rozgrywa się według jednego zestawu reguł. Inne kapituły, inne wrażliwości, inne punkty odniesienia. Złote Globy, Critics’ Choice, gildie to różne ekosystemy, które reagują na różne sygnały i narracje, inaczej rozkładając akcenty i spojrzenia. Akademia rządzi się swoimi prawami. Być może część głosujących nigdy nie zetknie się z tą kampanią.
Akademia funkcjonuje w innym porządku. W najlepszym wypadku o tej kampanii usłyszy i uzna ją za nieistotny szum. W najgorszym – usłyszy i się zgorszy. Znacznie bardziej prawdopodobny jest jednak trzeci scenariusz: Akademia w ogóle się z nią nie zetknie.
Wtedy pozostanie bardziej tradycyjny przekaz forsowany tradycyjnymi środkami: „dream big”, Chalamet jako aktor młody, ambitny, świadomy swojej drogi zawodowej, z imponującym dorobkiem i pragnieniem zdobycia wymarzonej statuetki. Ta narracja funkcjonuje obok, to komunikat, którego czytelność nie zależy od znajomości działań marketingowych.
I tu pojawia się pytanie fundamentalne: jak zostanie odebrana ta ambicja? Jako dowód samoświadomości młodego aktora, który zna swoją wartość i nie udaje fałszywej skromności? Czy raczej jako przejaw arogancji, zbyt głośnego domagania się uznania?
Niezależnie od wyników Oscarów kampania „Marty Supreme” zadziałała dokładnie tam, gdzie miała zadziałać: wśród młodych odbiorców. Film stał się najbardziej dochodową produkcją w historii A24, osiągając 147 milionów dolarów globalnego box office’u. Tym samym przebił dotychczasowego rekordzistę studia, Wszystko wszędzie naraz. „Marty Supreme”, film sportowy, gatunkowo niewdzięczny, osadzony w latach 50., nie powinien być kandydatem na komercyjny sukces. A jednak nim jest.
Czy „Marty Supreme” to kampania trendsetterska? Niewątpliwie. Czy Akademia jest gotowa za nią podążyć? To jeszcze się okaże.
Zdjęcie główne: Wielki Marty, materiały prasowe dystrybutora Monolith Films