Recepta na szczęście bez wizyty u lekarza

Recepta na szczęście bez wizyty u lekarza

Grudzień. Święta, prezenty, marzenia. Niespodzianki, karpie, skarpety. Trendy, podsumowania, predykcje. Blogosfera, influencerzy, przewidywania. Apele, deklaracje, wezwania.

Zdjęcie royalty free z Fotolia

Halo, bileciki do kontroli!

Pełną treść dostaniesz bez grosza,
ale musisz być w naszym newsletterze.

Raz, raz, wpisywać e-mail. Tylko prawdziwy, bo sprawdzę!

partner technologiczny: GetResponse

Zachęcania do odpoczynku, do świąt bez Facebooka, do chwili spokoju. Któż z nas nie marzył, żeby w tym czasie rzucić to wszystko i mentalnie wyjechać daleko, by osiągnąć ten spokój, ale nie wiedział od czego zacząć?

Mamy dobrą wiadomość! Tylko tutaj znajdziecie krótką instrukcję, zaledwie osiem kroków, jak być w tym świątecznym czasie szczęśliwym, promieniować radością i jak wrócić do codzienności w pierwszych dniach stycznia tylko z pozytywnymi emocjami. Tak jak kurczaki naładowane są antybiotykami, TIR-y towarem do Niemiec, lodówki w Tesco piwami craftowymi, a Sylwester z Polsatem ulubionymi gwiazdami generacji Y.

Krok pierwszy. Odstawcie blogi branżowe

Nie rzucajcie się na głęboką wodę. Jeszcze nie czas na Facebooka. To tak jakby alkoholik chcąc przestać pić, zamknął się na zapleczu monopolowego. Nie macie aż tak silnej woli, dlatego poczekajcie. Zacznijcie spokojnie. Przestańcie wchodzić w miejsca, które nikomu na tym świecie nie są do niczego potrzebne. Zacznijcie od blogów związanych z marketingiem i reklamą.

Jakby mało było marketingu i reklamy dookoła. Hello? Tutaj Adele! To się dzieje tak niesamowicie, praktycznie bez marketingu.

Tym bardziej, że znajdziecie na nich zazwyczaj to, czego Drużyna Pierścienia bała się znaleźć głęboko w kopalniach Morii. Nie sprawdzajcie! Uwierzcie nam na słowo. Posłuchajcie się nas, tak jak Frodo posłuchał się swojego Sama. Nie dajcie się zwieść zachęcającymi nagłówkami. Obietnicami tajemniczej wiedzy. W marketingu i reklamie nie ma tajemnic.

Potem odstawcie blogi o trendach w marketingu (są śmieszne, ale w nadmiarze powodują cukrzycę i liczne złamania otwarte), o trendach w marketingu zza granicy (już lepiej przeczytajcie jeszcze raz serię o Tomku, która ma w sobie więcej realizmu w opowiadaniu o odległych krainach) i o trendach ogólnie. Brak kontaktu z tymi trendami jest pożądany, bo może okazać się, że właśnie robimy coś przełomowego, czego nie przewidział żaden marketingowy trend.

Zamiast tego proponujemy przyjrzenie się trendom społecznym, które na razie z marketingiem nic wspólnego nie mają. A które na marketing wpływają bardziej niż najbardziej wpływowi ludzie ze świata marketingu. Ewentualnie podstawom marketingu. To też się przydaje w marketingu.

Ostawcie też blogi, które piszą o innych blogach, konferencjach z blogerami i wydarzeniach z życia blogerów. Naprawdę chcecie wiedzieć co jeden bloger ma do powiedzenia o drugim blogerze? Macie 14 lat, pryszcze i jesteście w niechcianej ciąży?

Odstawcie blogi relacjonujące wydarzenia branżowe i wystąpienia ekspertów pod chwytliwymi tytułami.

Widzieliście kiedyś bezpłatną konferencję, na której Generał Armii USA dzieliłby się ze wszystkimi obecnymi, w tym blogerami z Polski, tajnikami ostatniej misji na Bliskim Wschodzie pod tytułem „Czego gęsi nie widziały w ciemności”? Pokazywał case study z innych rynków? Opowiadał o skuteczności? Zapraszał na płatne szkolenia? Jeśli widzieliście to nie czytajcie dalej i tak już straciliście 30 sekund swojego czasu. Jeśli nie, to wyciągnijcie sami właściwe wnioski.

Wejdźcie do internetu. Na pewno zobaczycie w jego zakamarkach szkolenie „jak zdobywać klientów za pomocą angażujących opowieści”. Bardzo fajne, tylko że szkolenie „jak polecieć w kosmos na pomocą naleśnika, torby i kotła parowego” miałoby więcej wartości, bo byłoby przynajmniej śmieszne.

Generalnie pamiętajcie – im bardziej chwytliwy tytuł wystąpienia, tym bardziej prawdopodobne, że usłyszycie na koniec, że „nic tak naprawdę nie wiadomo, bo marketing to…”.

I na boga! Nie czytajcie podsumowań roku 2015 i przewidywań co do roku 2016 w mediach, marketingu i reklamie! Horoskop przeczytajcie, będzie miał w sobie więcej wartości!

Zaraz potem spalcie ten tekst, on też jest o marketingu i też przewiduje miejscami przyszłość. I ma lekko chwytliwy tytuł, w który kliknęliście. Głupio Wam teraz?

Krok drugi. Wszystkie inne blogi

Jeśli udało Wam się odstawić wszystkie powyższe fajne blogi branżowe to możecie w nagrodę zjeść sernik. Pieprzyć dietę, zaczniemy od stycznia z całym narodem. Pierniki i Serniki górą!

Ale teraz krok drugi, dużo cięższy. Odstawcie wszystkie inne blogi. Przede wszystkim te związane z szeroko pojętym lifestylem. Co Was, do ciężkiej cholery, obchodzi lifestyle innych? Gdzie ktoś zjadł obiad, jaki sprzęt dostał do testowania od kochanej firmy albo w co się ubrał rano? Za granicą blogi lifestyle zaczynają zaliczać się do kategorii gastrycznej lub inaczej, fizjologicznej. Od tego najlepsze są leki na biegunkę dostępne w każdej aptece.

W ramach trzymania się ziemi możecie zostawić na chwilę ze sobą blogi kulinarne (wiadomo – przepisy na święta, jak nakłuć pomarańczę goździkami, jak obrać karpia młotkiem) oraz podróżnicze (niech mają kilka odsłon więcej, przy żebraniu o kasę od sponsorów na bilet lotniczy, każdy klik się liczy, a sezon wypraw na Bałkany już za pasem).

Ale na pewno musicie odstawić te miejsca, które mają coś ważnego do powiedzenia na każdy temat. Są takie, prawda? Macie je? Wstydliwie chowane pod poduszką? Liderzy opinii. Znają się na wszystkim. Od polityki i kryzysu związanego z uchodźcami, przez parenting i wychowanie dzieci, służbę zdrowia, muzykę, modę, na tym w jaki sposób żyć w kraju bez Trybunału Konstytucyjnego kończąc.

Biedni, narażeni na #hejt. Nawet we Wrocławiu, gdzie hejtować podobno nie ma kogo.

Często się z nimi nie zgadzacie lub wręcz przeciwnie, piszą niejako w Waszym imieniu, to co chcecie wykrzyczeć na Facebooku. Odstawcie je, nie klikajcie. Zobaczycie jak już po kilku dniach osiągniecie pierwsze symptomy szczęścia. Odzyskacie smak i węch. Burgery będą znowu miały smak i zapach mięsa w bułce, a nie buraków i sosu BBQ.

Krok trzeci. Komentarze na portalach

To oczywista oczywistość. Czytanie komentarzy i odpowiadanie na nie, to jak pokazywanie innym fuck off zza szyby samochodu na autostradzie i trąbienie na rowery na przejściu dla pieszych. Przez chwilę fajne, ale na koniec pozostawiające wielki niesmak i odbicie wielkiego buraka o buraczanym kolorze w lustrze.

Czy rozmawiacie z przypadkowymi pasażerami w autobusie w drodze do pracy o polityce? Przegryzacie cebulę i zaczepiacie ich pytając „a może Twoja matka chce dostać raka”? Przypuszczamy, że nie. Nie róbcie więc tego samego w Internecie. Po co Wam to? Tak nie osiągniecie szczęścia. Tak stajecie się sfrustrowaną klasą średnią, z wymarżonym mieszkaniem i z kredytem w CHF. Tego nie chcecie.

Krok czwarty. Portale

Potęga przyzwyczajenia. Wchodzimy na nie po informacje, żeby zobaczyć co słychać w Polsce, na świecie i w łóżku Dody. Żeby osiągnąć szczęście najpierw wejdźcie na pierwszy z brzegu onet.pl.

Z czystym umysłem. Bez uprzedzeń. Przejrzyjcie nagłówki. My też tak teraz robimy. Teraz. Start.

„Miss Sejmu” wprawiła dziennikarza TVN24 w zakłopotanie.

Nagranie z kobietą i tym psem obiegło sieć. Nie zgadniesz co zrobił, gdy wzięła go na ręce.

Donald Tusk prezydentem Europy jest równo rok. Ile zarobił?

Dlaczego w wodzie marszczą nam się palce. Odpowiedź nieźle was zaskoczy.

Jeśli lubicie mrok ta muzyka wciągnie was.

Nie jest źle. Jeszcze nie wciągnęło. Idźmy dalej. Fakt. Najpopularniejsza gazeta w naszym kraju w wersji online.

Żołnierz proponował seks nastolatce?

Ciąża w rolnik szuka żony.

Przyjaciółka Putina zabita podczas seksu.

Polski polityk zabił kochanka żony, a potem…

Radwańska szaleje z partnerem na zakupach.

15-latka miała alergię na WI-FI. Nie żyje.

A na koniec gazeta.pl. Tylko jeden nagłówek.

Trudno opisać, co się dzieje z Trybunałem Konstytucyjnym. Na szczęście są memy.

Czy już wiecie co macie robić?

To co się wydarzyło kilka lat temu, czyli wojna na klikalność, za nic ma inteligencję czytelnika i inteligentnego czytelnika. Myślicie, że blogi są całym złem? Nie, one są tylko złe na swój sposób i czerpią z doświadczenia starszych i mądrzejszych. Portale są złe złem pierwotnym, bo z założenia wszystko co robią, robią dla kasy. Wyłudzają wasz czas, manipulują, plują w twarz swoim jadem.

Nie róbcie im tego przed świętami. Nie róbcie tego sobie. Nie wchodźcie na portale. Tym bardziej, że na nich czai się coś jeszcze. Reklama.

Krok piąty. Reklama na portalach i mailingi

Aby osiągnąć szczęście musicie przestać klikać w reklamę na portalach (oraz blogach). Musicie też przestać klikać w wiadomości reklamowe dostarczane do Waszych skrzynek pocztowych!

Jak to? Już tak robicie? Nie klikacie? Udane kampanie to też odzew w okolicach promila? To dlaczego ich jest ciągle tak dużo? Dlaczego agencje ciągle je produkują? Dlaczego raz na jakiś czas zasłaniają strony główne wielkimi banerami?

Dziwne.

Krok szósty. Youtuberzy

Śmieszne filmiki. Kabarety internetowe. Internetowe show. Jeśli macie więcej niż 15 lat, jest do dla Was od tej pory zakazane. Jeśli uczycie się i macie średnią powyżej 3.0 to nie jest miejsce dla Was.

Naprawdę chcecie zostawić ludzkości obraz samych siebie jako tych, którzy kochają wkręcanie ludzi na „psa pająka”?

Czy Waszego cennego czasu nie marnujecie na filmiki „Uchodźcy, Te-Tris, Rap, Katolicy, Ylvis, Gitara”.

Oglądacie ludzi, którzy grają w gry i komentują to, jak w nie grają, a w międzyczasie sprzedają Wam reklamy marek, które ich sponsorują?

To od takich treści biorą się problemy ze snem i uzależnienie od narkotyków. Polskie kabarety TVP są złe? Zdelegalizować? To co zrobić z tym, co widzimy tutaj?

Chcesz mieć szczęśliwe święta? Nie wchodź tam. Dasz radę i może zacznie Cię śmieszyć rozmowa z innymi ludźmi albo stary dobry Monty Python. Kwestia praktyki i ćwiczeń. A może i Kevin znowu okaże się śmieszny.

Jesteśmy jak starzy ludzie w Internecie? My dziękujemy wszystkim świętym, że tego internetu nie mieliśmy, mając kilkanaście lat. Bo patrząc na Was, młodych w internecie teraz, mamy wrażenie, że powinien być dostępny po 21 roku życia, jeszcze później niż wódka i papierosy.

Krok siódmy. Social media w wersji soft

Instagram, Snapchat, Vine, Tinder, Periscope, LinkedIn i inne wymysły chorego umysłu człowieka XXI wieku.

Zacznijcie od nich. Żeby być wolnym, trzeba odrzucić pokusę wrzucenia swojego zdjęcia z windy na Insta. Bycie wolnym to nie jest dawanie lajków zdjęciom obiadu kogoś zza zachodniej granicy. Bycie na czasie to nie pijane Snapy. One nie zginą tak jak przeboje rapera Tede, nie wiecie?

Te miejsca są jak lekkie narkotyki – przyjemne, ale da się je łatwo rzucić i bez nich żyć. A są krokiem w dobrą stronę. Bo co Was obchodzi, w co się dzisiaj ubrała Natalia Siwiec? Zapewne w folię, w to pakuje się plastik.

Krok ósmy. Brama piekieł na F

Wiedzieliście, że to nastąpi. Że na końcu drogi do szczęścia jest on. Ostatni sprawdzian. Ultimate proof.

On, którego akcje w 99 proc. pójdą na cele dobroczynne! Kochamy Cię Mark!

On, który wyznacza nam rytm dnia i pozycję społeczną. Spadł śnieg, a nie stać mnie na zimówki!

On, który mówi nam co jest dobre, a co złe. Co Ty gadasz, skoro tak nie jest!

On, który potrafi wzbudzać emocje, wyzwalać pokłady rasizmu, chamstwa i zwykłej ludzkiej głupoty podszytej zawiścią nawet u niewinnych z wyglądu 17-latków. (…)

Żeby osiągnąć szczęście możecie zrobić tylko dwie rzeczy. Opuścić go albo wyczyścić.

Pierwsza opcja jest dobra krótkoterminowo. Jako prezent dla siebie samego i naszych bliskich na święta. Odstawiamy Facebooka i nie śledzimy aktualizacji. Odpowiadamy tylko na wiadomości – bo nie chcemy, żeby policja zaczęła nas szukać jako zaginionych. Nie komentujemy, nie lajkujemy. Nie wchodzimy ani rano, ani w południe, ani wieczorem przed snem.

Osiągamy w ten sposób szczęście i spokój. Dajemy prezenty, pijemy wódkę i wychodzimy zza stołu na pasterkę, po której pijemy wódkę.

Druga to opcja na wieczne szczęście w 2016.

Z Facebookiem jest jak z mieszkaniem. Jeśli nie wycieramy kurzu i nie pozbywamy się bakterii, drobnoustrojów czy nawet much, to w pewnym momencie będzie miejscem, w którym nie będzie żyło nam się komfortowo. Zawsze będzie nas coś uwierać.

Dlatego stopniowo ukrywamy znajomych, których nie chcemy widzieć. Wywalamy z obserwowanych strony, które nas irytują, denerwują lub obrażają swoim poziomem. Dochodzimy w ten sposób do momentu, w którym na naszym Facebooku nie ma nic ciekawego. Wtedy bez problemu wracamy do komunikacji za pomocą telefonu, maila lub też nawet twarzą w twarz.

Wesołych Świąt, róbcie co chcecie, tylko, na Boga, nie wchodźcie na blogi...

Komentarze

Polecane

Dzięki, link został przesłany

Zamknij

Serdeńko!
Lubisz już nasz fanpage?

Wystarczy kliknąć:

zobacz nasz fanpage >> Zamknij

Niech zapisze się
do newslettera!

Zostaw e-mail
i powolutku strzałeczka na guziczek!

Zamknij