Jak założyliśmy swoją agencję: Michał Ryszkiewicz i Joanna Dering (Kamikaze)

Jak założyliśmy swoją agencję: Michał Ryszkiewicz i Joanna Dering (Kamikaze)

Kiedy i jak powstała agencja Kamikaze? Jakie były największe wyzwania przy jej tworzeniu? Kiedy udało się pozyskać pierwszego klienta? Co powinny wiedzieć osoby zastanawiające się nad otwarciem agencji? Na temat powstania Kamikaze opowiadają Michał Ryszkiewicz i Joanna Dering, założyciele agencji.

Pozostałe części cyklu przeczytasz tu >

Halo, bileciki do kontroli!

Pełną treść dostaniesz bez grosza,
ale musisz być w naszym newsletterze.

Raz, raz, wpisywać e-mail. Tylko prawdziwy, bo sprawdzę!

partner technologiczny: GetResponse

Kiedy i co było impulsem do rozpoczęcia własnej działalności?

Joanna Dering: Z Kamikaze wystartowaliśmy niedługo po zakończeniu studiów. To był 2006 rok i nic nie było oczywiste. Zaraz po studiach wylądowałam w jednej z łódzkich agencji interaktywnych. Z jednej strony bardzo mi się spodobało, poznałam świetnych ludzi, którzy jeszcze długo później mnie wspierali. Z drugiej, miałam poczucie, że internet to dużo większy temat niż tylko tworzenie stron, a to był czas, kiedy agencje interaktywne w 90% tym właśnie się zajmowały. Od początku czułam, że digital to game-changer w branży marketingowej. I dlatego powstało Kamikaze – technologia od zawsze jest w naszym w DNA, od zawsze służy realizacji celów marketingowych i budowaniu skomplikowanej relacji konsument-marka.

Michał Ryszkiewicz: Mnie po prostu od zawsze nosiło i angażowałem się w tamtym okresie w najróżniejsze projekty. Kręciło mnie robienie czegoś swojego, od podstaw i zachęcałam Joannę do startu własnego projektu. Sam dołączyłem kilka miesięcy później.

Ile czasu zajęło Wam założenie agencji od momentu zakiełkowania tego pomysłu?

M.R.: Od pomysłu do startu, kilka miesięcy. Od startu do dziś, 13 lat. I na pewno nie jest to zakończony projekt. Dość szybko przekonaliśmy się, że ta branża wymaga ogromnej otwartości na zmiany, a każda taka zmiana stwarza okazję do zbudowania przewagi konkurencyjnej. Dlatego właśnie agencja nigdy nie będzie projektem skończonym.

Jakie były największe wyzwania przy rozkręcaniu biznesu?

J.D.: Ludzie. Mieliśmy do nich dużo szczęścia. Pierwszy designer, którego zaprosiliśmy do współpracy, stał się niemal członkiem rodziny. Przez pewien okres pracowaliśmy z domu, a do biura przeprowadziliśmy się, gdy w moim pokoju siedziało już 6 osób. Każdy z nich miał ogromny wkład w rozwój agencji. Dziś jest nas ponad 60 osób, ale nadal zapraszając kogoś do współpracy, robimy wszystko, żeby zaangażować go na podobnym poziomie.

M.R.: Wyzwania się nie kończą. Ogromne wyzwania pojawiły się w ostatnich latach, w okresie dużego wzrostu. Jak utrzymać startupowego ducha podczas szybkiego wzrostu agencji? Jak zachować tempo pracy, elastyczność i sposób podejmowania decyzji? Jak utrzymać poczucie odpowiedzialności i sprawczości każdej osoby w zespole? To wszystko składa się na unikatowy sposób pracy agencji, który chcemy pielęgnować.

Jakie są koszty związane z rozpoczęciem własnego biznesu?

M.R.: Są... stałe, i to w zasadzie największe wyzwanie. Agencja to przede wszystkim ludzie, którym trzeba zapłacić co miesiąc wynagrodzenie. Po drugiej stronie są przychody z projektów, które w dużej mierze trzeba wywalczyć w przetargach. Spięcie jednego z drugim wymagało dużej gimnastyki.

Po jakim czasie udało się pozyskać pierwszego klienta?

J.D.: Pierwszym dużym klientem było irlandzkie S3Group, w ogóle nam wówczas nieznana firma z branży IT, która najpierw zdecydowała się na kilka projektów, a potem zaparkowała w Kamikaze stałą obsługę. Chwilę później przekonaliśmy do współpracy Agros Nova z całym portfolio fantastycznych marek spożywczych, m.in, Fortuna, Łowicz, Tarczyn. Długa współpraca zaowocowała nie tylko bogatym portfolio, ale też rekomendacjami. Klienci polecali i polecają nasze usługi dalej, co jest dla mnie zawsze największą formą uznania.

Mam też przekonanie, że fajni klienci to przede wszystkim konsekwencja zaufania do ludzi, których zaprosiliśmy do Kamikaze. To oni tworzą agencję na co dzień.

Jakich porad udzielilibyście osobie, która zastanawia się nad założeniem własnej agencji?

M.R.: Szczerze, nie czuję się autorytetem, który może komukolwiek doradzać. Na pewno warto pamiętać, że biznes agencyjny to usługi i... nie da się tego robić bez klienta. A mam czasem wrażenie, że są w tej branży osoby, którym klient często przeszkadza. Zadowolony klient to w mojej ocenie najlepsza miara sukcesu, lepsza niż dziesiątki nagród i klucz do długoterminowej współpracy.

Jakie najdziwniejsze/najzabawniejsze sytuacje przydarzyły Wam się podczas realizacji własnego biznesu?

J.D.: Ubawiłam się całkiem niedawno, gdy prezentacja ofertowa przekształciła się w pitch inwestycyjny. Klient był tak ukontentowany, że zaczął dopytywać czy istnieje możliwość inwestycji w agencję.

M.R.: Ja do dzisiaj mam frajdę ze spekulacji odnośnie pochodzenia nazwy. Najpopularniejsza jest historia, że to od nazwy drinka, przy którym wszystko się zaczęło. Całkiem możliwe… Na pewno nazwa wbija się w pamięć już przy pierwszym kontakcie, niezależnie od tego, czy styka się z nią potencjalny klient, pani w urzędzie, czy kasjer na stacji benzynowej, Dlaczego tak działa? Bo niesie ze sobą potężny bagaż skojarzeń. Te, z którymi chcemy się utożsamiać to zaangażowanie, rozwiązania out-of-the-box i oddanie sprawie.

Co Waszym zdaniem decyduje o sukcesie w prowadzeniu własnego biznesu?

J.D.: Mądrzy ludzie wokół. Trafiliśmy na swojej drodze na fantastycznych ludzi. Mam na myśli zarówno nasz team, jak i wielu klientów, którzy pracując z nami latami, słuchali nas i pozwalali robić swoje, ale jednocześnie zadawali właściwe pytania, niejednokrotnie challenge’owali nas i dawali nam w ten sposób impuls do ciągłych zmian, ciągłego ulepszania. Mamy to szczęście pracować z super ludźmi gotowymi i otwartymi na zmiany – to daje podstawę do ciągłego rozwoju całej agencji.

M.R.: Dodałbym do tego silne rekomendacje, które towarzyszyły nam latami. I to te najbardziej naturalne, gdy ktoś poleca agencję znajomemu lub zaprasza nas do współpracy z nowej firmy, do której właśnie dołączył. On/ona po prostu wie, że słuchamy i rozumiemy, że dowozimy, że robimy piękne rzeczy, a także że może na nas liczyć w tych trudnych sytuacjach, kiedy agencja musi stanąć na głowie. Bardzo się też staramy, żeby współpraca na linii klient-agencja była po prostu przyjemna. Takie to miłe.

Co zrobilibyście inaczej patrząc z perspektywy czasu?

M.R.: Popełniliśmy dużo błędów, ale bez nich na pewno nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy dziś.

Jakie cechy są wyjątkowo przydatne dla osób zakładających swoją agencję?

J.D.: Ambicja wymieszana z uśmiechem. Świat agencji to nie jest błękitny ocean, a potężna konkurencja to droga zawodowa dla tych ambitnych. Ale nie traktujmy tej rywalizacji śmiertelnie poważnie. Mam dużo sympatii i ogromny szacunek dla konkurentów, którzy potrafią rywalizować, dając z siebie 110%, ale zachowują do siebie odrobinę dystansu.

I otwartość na zmiany, w każdej chwili i natychmiast. :)

M.R.: Przewrotnie powiem, że kluczowe są te cechy, które pozwalają poradzić sobie w sytuacjach kryzysowych. Najsilniejsze relacje nawiązaliśmy z klientami, z którymi przeszliśmy przez różne przygody w projektach. F***up jest elementem projektu. To jak sobie z nim poradzisz, jak zareagujesz, mówi bardzo dużo o agencji. Jeśli potrafisz wziąć odpowiedzialność i znaleźć rozwiązanie, stajesz się potencjalnym partnerem na lata.

Jakie macie dalsze plany na rozwój agencji?

J.D.: W 2017 roku zdecydowaliśmy się na dołączenie do międzynarodowej grupy reklamowej, o francuskich korzeniach – Altavia Group. Od tej pory jesteśmy udziałowcami mniejszościowymi, ale nadal w duecie zarządzamy agencją. Dlaczego Altavia? Bo dzielimy z nią wartości. Bo jest zbudowana federacyjnie i pozostawia dużą autonomię poszczególnym agencjom. Bo pozycjonowanie grupy w obszarze retailu jest atrakcyjne z perspektywy strategii rozwoju Kamikaze.

Kamikaze jest już dziś świetnym adresatem dla wszystkich briefów strategiczno-kreatywnych, a digitalowe korzenie pozwalają nam śmiało wykorzystywać technologię do realizacji celów komunikacyjnych marki. Będziemy dalej pracować, żeby stać się partnerem pierwszego wyboru do realizacji najbardziej ambitnych celów naszych klientów.

M.R.: Będziemy wspierać marki w transformacji, nie tylko cyfrowej, ale także społecznej, która właśnie się zaczyna – związanej z oczekiwaniami konsumentów wobec narastającej świadomości kryzysu klimatycznego. Mamy przekonanie, że już wkrótce z szufladki „CSR” i kategorii „koszty”, odpowiedzialność za środowisko i otoczenie stanie się orężem wielu odpowiedzialnych marek i szansą na zbudowanie przewagi konkurencyjnej.

 

O rozmówcach:

Michał Ryszkiewicz i Joanna Dering, współzałożyciele i zarządzający agencją Kamikaze

Komentarze

Polecane

Dzięki, link został przesłany

Zamknij

Serdeńko!
Lubisz już nasz fanpage?

Wystarczy kliknąć:

zobacz nasz fanpage >> Zamknij

Niech zapisze się
do newslettera!

Zostaw e-mail
i powolutku strzałeczka na guziczek!

Zamknij