O co chodzi z tym całym mappingiem?

O co chodzi z tym całym mappingiem?

Przedmioty domowego użytku, samochody, ludzie, billboardy, budynki a nawet polscy królowie — główni aktorzy dość znanego już show zatytułowanego „video mapping”.

zdjęcie: youtube.com/user/EventManagementInst

Halo, bileciki do kontroli!

Pełną treść dostaniesz bez grosza,
ale musisz być w naszym newsletterze.

Raz, raz, wpisywać e-mail. Tylko prawdziwy, bo sprawdzę!

partner technologiczny: GetResponse

I choć od mappingu do małpingu twórców dzieli niezwykle cienka linia, to ciągle lubimy to coś oglądać. Coś, bo jak określił to mój kolega po fachu: ludzie lubią jak się świeci, kręci i błyska. Coś (!) w tym jest.

Jeśli choć raz widzieliście, że fasada budynku ożywa, ze stojącego na scenie samochodu wyrasta drzewo, a w oknach pałacu Jana Sobieskiego dzieją się cuda, to albo doświadczyliście wielkiego haju, albo byliście świadkami mappingu.

Zaraz, zaraz. Czego? To wręcz banalne. Rzecz dzieje się kilkaset tysięcy razy dziennie na całym świecie. W niemal każdej sali konferencyjnej, biurze czy studio projektowym znajduje się projektor. Poczciwy, zwykły projektor. Każdego dnia służy nam za sprzęt, dzięki któremu wyświetlamy przepiękne prezentacje power point na ścianie. Spróbujcie choćby zaraz — włączcie na dowolnej ścianie dowolny obraz, a następnie stańcie w świetle projektora tak, by obraz znalazł się na waszym ciele. Gdyby pozbyć się teraz obrazu, który wychodzi za kontur waszego ciała, bylibyście autorami domowej roboty mappingu. Gdy dołożymy do tego skalę, kreację, dopasujemy miejsce, i osadzimy to wszytko na świetnym pomyśle, otrzymamy spektakularny show.

W czym problem?

Mapping w Polsce swój „najlepszy czas” ma za sobą. W latach 2012/2013, agencje w co drugiej prezentacji sprzedawały nowoczesną i tajemniczą technologię, która absolutnie zafascynuje każdą istotę ludzką. Mapping is the new black, głosili. Wart każdych pieniędzy. Część wykładała je na mniejsze projekcje, które nie stanowiły wielkiego wyzwania, ale część postanowiła zagrać va banque i stworzyć spektakularną… klęskę. A po przegranej bitwie nikt już nie chce słyszeć o nowoczesnej broni.

Problem tkwi w ignorancji. Spece od mappingu przez lata zakrzywiali rzeczywistość mówiąc klientom, że to łatwa robota, a kosztuje sporo, bo to droga technologia. Efekty były podobne do zapowiedzi. Nie neguję, rzecz jasna, wszystkiego, ale znakomita większość była po prostu do bani. Co gorsza, to słowa przeciętnych oglądających, którzy nijak nie są związani z branżą, ale potrafią włożyć wysiłek w to, by wstukać na YouTube hasło i porównać np. to wydarzenie:

z bardzo podobnym w strukturze, miejscu i klimacie:

Jest różnica

Jest i to spora. Niezrozumienie tematu doprowadziło do tego, że nadal produkuje się mappingi, które są niedofinansowane. W niezrozumieniu wszyscy godzą się na brak prób, oszczędność w sprzęcie, a przede wszystkim na przeciętną animację. Nie traktuje się tego, co robimy, jak pewnego rodzaju sztuki eksperymentu, tylko sztukę wyświetlania obrazka na ścianie. I w tym sensie jednym ruchem ręki komercyjne budżety zawstydzić mogą młodzi gniewni, którzy w ciemnościach swoich mieszkań wykonują prawdziwe rzemiosło. Oni wiedzą ile czasu i cierpienia kosztuje wyprodukowanie światowej klasy mappingu i co jest absolutnie niezbędne.

Właśnie, co?

Budżet bez ściemy, świetna animacja, najmarniej jedna próba „na sucho” (która kosztuje) + ciągłe próby w małej skali i oczywiście niezastąpiony przyjaciel czas. O ile dwa pierwsze czynniki można z góry odhaczyć (bo w Polsce mamy i to i to), to warto zatrzymać się przy próbach.

Jestem przekonany, że 90% karkołomnych projektów w naszym kraju odbyło się bez próby na małym i dużym modelu tego, co będzie mappowane. Chodzi o odtworzenie np. fasady budynku na modelu architektonicznym (lub tańszym) i próbach w studio. Potem, zgodnie z budżetem i planem, wynajmujemy halę z dużym modelem fasady i robimy próbę generalną. A jeśli mamy szczęście, realna fasada jest udostępniana na nocną próbę (kiedy nikt nie widzi) i wtedy dopiero możemy zobaczyć swoją pracę na żywym organizmie, w skali jeden do jednego. Brzmi jak Universal Studios, prawda? A nie powinno.

Głównie dlatego, że świetnie przygotowany mapping trafi do widza i będzie dobrze wyglądał w skromnych soczewkach smartfonów, którymi właśnie nagrywają klip dla swoich znajomych na fejsie. Chcą powiedzieć: byłem, widziałem! Tymczasem, jest jak jest. Powodem jest również słabe budżetowanie i ścinanie pozycji, które generują koszty - są niezbędne, ale kłują w oczy. Klient wtedy podważa ich zasadność, a rodowity ignorant zgadza się, bo co ma zrobić. Kończymy bez prób, makiet, a klip pokazujemy na monitorze. A możecie mi wierzyć, że na ekranie wszystko wygląda świetnie.

Zdrowy przykład, jak zwykle, przychodzi od tych, którzy mają więcej luzu niż my. Wszak ktoś te spektakularne projekcje na Super Bowl robić musi. Oto właśnie oni i najlepsza referencja pracy nad mappingiem. Niech będzie dobrym zakończeniem tego felietonu.

PS

Jak pisałem - małe powierzchnie, mniejszy problem. Uwierzcie, że można w nich zrobić coś fajnego!

Więcej tekstów tego autora >

Komentarze

Polecane

Dzięki, link został przesłany

Zamknij

Serdeńko!
Lubisz już nasz fanpage?

Wystarczy kliknąć:

zobacz nasz fanpage >> Zamknij

Niech zapisze się
do newslettera!

Zostaw e-mail
i powolutku strzałeczka na guziczek!

Zamknij