Core. Twoja estetyka w pigułce
Zaczęło się od hardcore, przeszło przez normcore, a dzisiaj mamy cottagecore czy officecore. Cottagecore to nie tylko zdjęcia chleba na zakwasie w rustykalnym wnętrzu. To manifest: „Chcę uciec od rzeczywistosći”. Officecore? To nie biurko i designerskie pióro. To relacja z pracą, którą opakowujemy w ładną estetykę, żeby nie zwariować przy kolejnym mailu po 22.00.
Przeglądając TikToka, co chwilę wpadamy na kolejne „core” lub „erę”. To jak odczytywanie znaków z kosmosu, każdy rozumie może co innego, ale wszyscy czujemy, że należymy do tego samego kodu. W świecie, w którym nie wiadomo, kim jesteśmy, budujemy tak nowe wspólnoty.
Jak Taylor Swift zmieniła nasze kalendarze
Taylor Swift dała nam pozwolenie na dzielenie życia na „ery”. Jej trasa „Eras” spopularyzowała nazywanie i kategoryzowanie różnych okresów w życiu. Dziś większość z nas przechodzi przez jakąś erę: healing era, productivity era albo cooking era. To nie jest tylko zabawa słowami. To sposób na oznaczanie czasu, który nie jest nudnym, linearnym „styczeń, luty, marzec”. To czas emocjonalny. Kiedy mówimy „jestem w mojej villain era”, nikt nie pyta o szczegóły. Wszyscy już wiedzą, o co chodzi. I to działa lepiej niż jakikolwiek planner. Bo era kończy się wtedy, kiedy my tak postanawiamy, a nie kiedy wybije północ.
Wspólna kultura w erze fragmentacji
Czy nowa piosenka Charli XCX „SS 2026” określa obecne lato? Prawdopodobnie tak, bo tak już mamy z Charli, jej Brat na jakiś czas stał się naszym wspólnym mianownikiem. I tu jest paradoks. Żyjemy w rzeczywistości, w której algorytmy dzielą nas na mikro-nisze, pokazując każdemu co innego. A jednak te pozornie błahe określenia, „core” i „era”, działają jak klej. Pokazują, że jeszcze możemy przeżywać coś razem.
Nawet jeśli każdy z nas ogląda inne treści, to nagle wszyscy mówimy o „brat summer” czy „clean girl aesthetic”. To nasz współczesny folklor. To dowód na to, że w dobie fragmentacji wciąż szukamy wspólnego języka. Nawet jeśli ten język składa się z angielskich sufiksów.
Co wynika z tego dla rynku?
Nie łudźmy się, nie chodzi tu o modę na słowa. To nie jest kolejny chwyt, żeby sprzedać nam droższy jogurt w ładniejszym opakowaniu. „Core” i „era” to narzędzia przetrwania w świecie, który dla wielu wydaje się, że zwariował. Kiedy wielkie narracje zawiodły, a wspólne rytuały rozpadły się na kawałki, my, konsumenci i konsumentki, postanowiliśmy tworzyć własne, tymczasowe kategorie. Bo łatwiej jest ogarnąć chaos, gdy nazwiesz go swoją „messy era”.
Dla marek, oznacza to jedno: przestańcie szukać wspólnego mianownika. Zacznijcie mówić mikro-językiem swoich odbiorców i odbiorczyń. Nie jako eksperci od marketingu, ale jako uczestnicy tej samej ery i core’u. Bo kto dziś pomoże komuś nazwać jego erę, ten zyska nie klienta, ale sprzymierzeńca. A w czasach, gdy wszyscy szukamy punktu zaczepienia, sprzymierzeniec jest wart więcej niż najlepiej sprzedający się produkt.
Bo przecież, bądźmy szczerzy, nie kupujemy produktów. My kupujemy historie o sobie, które dzięki nim możemy opowiedzieć. A jeśli ktoś pomoże nam nazwać tę historię jednym, trafnym słowem, wygrywa.
Artykuł reklamowy powstały we współpracy z P/mint Brand Activation Hub.