Dyrektywa o prawie autorskim – koniec „wolnej amerykanki” w Europie?

Dyrektywa o prawie autorskim – koniec „wolnej amerykanki” w Europie?

Parlament Europejski przyjął dyrektywę w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Czy i jak jej przepisy mogą wpłynąć na losy branży reklamowej?

zdjęcie: depositphotos.com

Halo, bileciki do kontroli!

Pełną treść dostaniesz bez grosza,
ale musisz być w naszym newsletterze.

Raz, raz, wpisywać e-mail. Tylko prawdziwy, bo sprawdzę!

partner technologiczny: GetResponse

Sytuacja szybko się nie zmieni. Na to, aż nowe regulacje zaczną obowiązywać w Polsce, możemy czekać ponad rok. Zgodnie z dyrektywą, która sama wejdzie w życie dwudziestego dnia po jej opublikowaniu w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej, państwa członkowskie mogą ją implementować do własnych porządków prawnych jeszcze przez rok od tej daty. Polska zapewne nie będzie się spieszyć – obok Holandii, Włoch, Finlandii i Luksemburga głosowała przeciw nowym przepisom.

Jedni będą niecierpliwie czekać na ich wprowadzenie do porządku krajowego, inni liczyć, że obowiązywanie – jak mówią ACTA2 – zostanie oddalone w czasie. Jedno jest pewne – wielu wydawców i twórców od dawna skarży się na braku szacunku do swoich praw. Załamani muzycy płaczą, obserwując miliony odsłon swoich utworów na YouTubie i grosze we własnych kieszeniach. Sfrustrowani dziennikarze zżymają się na obroty generowane przez agregatory treści, nic od nich nie dostając za jej tworzenie. Gazety, w których są zatrudnieni, z roku na roku tną im wierszówki, argumentując to tym, że na więcej ich nie stać. Komu się opłaca dobrze zapłacić za godziny pracy dziennikarza śledczego, gdy jego odkrycie błyskawicznie rozejdzie się w sieci? Wystarczy skopiować lid i kilka pierwszych zdań i już jest news – więcej jak wiadomo i tak nikt nie przeczyta. Wydawcy, redaktorzy, muzycy, filmowcy narzekają, że są bezsilni w starciu z Google’em, YouTube’em czy Facebookiem, podkreślają, że nie chcą wcale ograniczenia praw zwykłych użytkowników internetu.

Wsłuchując się w te głosy Parlament Europejski uznał, że powinien wesprzeć państwowych regulatorów z uwagi na międzynarodową skalę problemu. Jak tłumaczył, zauważył organizacyjny i finansowy wkład, jaki wydawcy wnoszą w produkcję publikacji prasowych i stworzył dla nich zachęty, aby zapewnić stabilność branży wydawniczej, a tym samym zwiększyć dostępność rzetelnych informacji. Dlatego wprowadził m.in. prawa pokrewne ułatwiające wydawcom egzekwowanie swoich uprawnień do utworów oraz konieczność podpisywania przez duże firmy umów licencyjnych na wykorzystywane treści. Nałożył na nich obowiązek troszczenia się o to, żeby do naruszeń prawa autorskiego w ich internetowej przestrzeni nie dochodziło, co wiąże się z monitorowaniem treści – nazywanym przez przeciwników nowego prawa cenzurą. Prawodawca unijny jednak zastrzegł, by przy tej kontroli stosować środki proporcjonalnie do potrzeb, czyli nie przesadzać. Adwersarze mogą mieć słuszne obawy, że może mimo wszystko dojść do nadużyć. Poza tym zauważają, że platformy internetowe, by nie narazić się na kary, mogą przez przypadek kasować legalne treści. To wszystko ich zdaniem ograniczy wolność w internecie.

Jak to może wpłynąć na branżę kreatywną? Z jednej strony autorzy genialnych rozwiązań mogą poczuć się bardziej chronieni, ponieważ świadomość praw w sferze własności intelektualnej wzrośnie, z drugiej strony gra w skojarzenia i sięganie do tego co już znane, może być uznane za naruszenie cudzych praw. Już nie wszystko będzie można wytłumaczyć prawem cytatu. Poza tym, od dawna słychać protesty youtuberów, którzy w reklamie są na pozycji wznoszącej – coraz więcej firm woli inwestować w influencerów, niż bardziej tradycyjne formy reklamy.

Pod koniec zeszłego roku polscy youtuberzy i wspierające ich firmy marketingowe wystosowali nawet list do członków Parlamentu Europejskiego, w którym pisali: „Bezwarunkowe przeniesienie odpowiedzialności prawnej za publikowane treści z twórców na platformy społecznościowe, na których ta treść jest publikowana – wbrew słusznym intencjom – może spowodować, że ze względu na skalę zjawiska, serwisy będą zmuszone do „prewencyjnej cenzury” wszystkich umieszczanych tam materiałów. W praktyce oznacza to znaczące ograniczenie możliwości publikacji treści w internecie i stanowi bezpośrednie zagrożenie dla artystów, ich widowni i skupionej wokół nich branży”.

Ich obawy mogą się okazać słuszne, nie tylko dlatego, że duże platformy będą się chronić wprowadzając bezwzględne algorytmy filtrujące treści, może też być tak, że intencjonalnie będą wywoływać niezadowolenie swoich użytkowników, by nagłośnić sytuacje świadczące o tym, że dyrektywa ma negatywne konsekwencje. W jaki sposób poradzi sobie z tymi zarzutami druga strona? Jej też przecież chodzi o reklamę, pokazywaną przy tworzonych przez współpracujących z wytwórniami muzycznymi, producentami czy wydawcami treściach. Trudno zaakceptować to,  że portale społecznościowe żonglujące ich contentem, nie chcą się z nimi dzielić zyskiem. Jest to niesprawiedliwe. Z drugiej strony dzięki ruchowi w sieci generowanemu przez społeczności teksty dziennikarzy są częściej czytane, a piosenki słuchane, przez potencjalnych odbiorców reklamy. Umowy licencyjne mają prowadzić do uregulowania tej sytuacji.

Dla firm reklamowych wojenka może sprawić, że Facebook, YouTube czy Google będą w pewnym momencie miały mniej treści i mniej możliwości zamieszczenia reklam, a wydawcy mniej odsłon. Z jednak sytuacja może się ustabilizować. Giganci zrozumieją, że w Europie skończył się czas wolnej amerykanki, i podzielą się zyskiem, z kolei wydawcy licząc na współpracę będą skłonni negocjować ceny. W tej walce o pieniądze twórcy mogą być tylko narzędziem do osiągnięcia biznesowych celów, choć wydawcy obiecują, że się z nimi sprawiedliwie podzielą. To byłaby duża zmiana. Do tej pory w show-biznesie firmy zarabiały często kosztem artystów.

Plusem dyrektywy o prawach autorskich jest to, że twórcom łatwiej będzie bronić swoich praw. Wcześniej też mogli, tylko często zniechęcała ich do tego żmudna droga sądowa. Poza tym, dzięki dyskusji społecznej, została zwrócona uwaga na prawa twórców, na to, że to czego nie możemy dotknąć, ale jest elementem cudzej kreacji, pomysłu, wysiłku intelektualnego, też jest własnością. Nie można sobie jej ot tak wziąć bez refleksji i wykorzystywać na swoje potrzeby biznesowe. Trzeba za to zapłacić. Ten aspekt problemu jest o tyle cenny, że przecież to, co wirtualne zaczyna dominować w naszym życiu. Programy komputerowe, rozwiązania technologiczne, wymyślone kampanie, postaci, przedmioty, światy stają się przecież cenniejsze niż złoto.

Dlatego wszystkie strony sporu powinny zrozumieć, że porozumienie może okazać się jedynym sposobem na funkcjonowanie biznesu w przyszłości.

Autor: Katarzyna Kosicka-Polak, partner i radca prawny z MKZ Partnerzy.

Komentarze

Polecane

Dzięki, link został przesłany

Zamknij

Serdeńko!
Lubisz już nasz fanpage?

Wystarczy kliknąć:

zobacz nasz fanpage >> Zamknij

Niech zapisze się
do newslettera!

Zostaw e-mail
i powolutku strzałeczka na guziczek!

Zamknij