Małe podróże, duże wrażenia. Jeśli możesz, #ZmienTerminNieOdwołuj i jedź w Polskę

Małe podróże, duże wrażenia. Jeśli możesz, #ZmienTerminNieOdwołuj i jedź w Polskę

Tęsknię za wyjazdami. W świecie przed pandemią rozglądałabym się właśnie za miejscem na organizację firmowego weekendu (to służbowo) oraz pakowałabym torbę na trekking w górach wysokich (to prywatnie). Wierzę, że w świecie po pandemii też to zrobię.

Na razie, skoro musiałam zrezygnować z dalekiego wyjazdu, tworzę plany bliższych.

Halo, bileciki do kontroli!

Pełną treść dostaniesz bez grosza,
ale musisz być w naszym newsletterze.

Raz, raz, wpisywać e-mail. Tylko prawdziwy, bo sprawdzę!

partner technologiczny: GetResponse

Postanowiłam, że gdy tylko to już będzie możliwe, w tym roku postaram się dużo jeździć w Polskę. Mam mnóstwo ulubionych miejsc, do których wrócę z radością, nawet na jeden dzień, i mam też regiony, w których nie byłam nigdy. Postanowiłam, że to będzie czas nowych odkryć, przy okazji wsparcia knajp, muzeów, miejsc ze spaniem na przecudnym Podlasiu, na Suwalszczyźnie, na Roztoczu. Tak, pora jechać do wszystkich 23 polskich parków narodowych. W Bieszczady. Na Kaszuby. Na Warmię. W Beskidy.

Wyobrażam sobie, że części osób sama idea robienia planów wyjazdowych dzisiaj może wydać się niedelikatna, nieważna i niepoważna. Jest trudno, być może będzie jeszcze trudniej, a ja o przyjemnościach. Tak. To będzie tekst o przyjemnościach, a ściślej: o normalności, za którą bardzo tęsknię, którą doceniam i którą wizualizuję za pomocą podróży, bo podróże są jej ważną częścią, outdoor jest jej ważną częścią.

Jest też perspektywa, której nie tracę z oczu. Wywodzę się z eventów, wielu moich przyjaciół i znajomych pracuje w outdoorze, w eventach. Wiem, co teraz przeżywają. Jesteśmy w tym wszyscy i przed każdym z nas wiele trudnych decyzji. Myślę o tym, że odpowiedzialnie podjęta decyzja „Nie odwołam, zmienię termin” może komuś bardzo pomóc.

Pozwólcie, że podzielę się wrażeniami i namiarami na miejsca, które znam z firmowych weekendów. Odkryte wtedy, często zostawały ulubionymi. Nie ukrywam, że mam w tym też ukryty plan: liczę na to, że polecicie mi własne. Że pojedziecie, zachwycicie się, zaprzyjaźnicie, wrócicie. Czyli zrobicie to wszystko, do czego tworzone są te miejsca, w których jest serca i dusza ich właścicieli, rodziny i pracowników, którzy z czasem stają się jak rodzina.

Wyjazd na weekend to jedna z naszych firmowych tradycji. Wyjeżdżamy co roku, zazwyczaj jesienią, co roku w inne miejsce, w inny region Polski. Najczęściej wybieramy naturę, unikamy dużych miast. Szukam wtedy kameralnych ośrodków, najchętniej zabytkowych lub rodzinnych hotelików, prowadzonych przez ludzi z sercem i pasją, lubiących innych. Scenariusz naszych pobytów jest zawsze taki sam, podobnie jak oczekiwania, i nic z tego nie jest skomplikowane. Chcemy pojechać w piękne miejsce i odpocząć od miasta. Chętnie idziemy na kajaki albo rowery, zawsze zwiedzamy lokalne atrakcje. Dużo i smacznie jemy, wznosimy dużo kolejnych toastów, siedzimy przy ognisku i do rana tańczymy, o czym uprzedzamy menedżerów hoteli, bo choć z roku na rok ekipa dojrzalsza, to tańce niezmiennie aktualne.

Zacznę od miejsca najbliższego mi z kilku powodów, najbardziej z tego, że sama pochodzę z Podlasia. Kiermusy. To absolutnie wyjątkowa rzecz na osobistej liście, miejsce obłędne. Byłam tam o każdej porze roku. Zawsze piękne, zawsze jest co robić. 170 km od Warszawy, niecałe 40 od Białegostoku, w otulinie aż dwóch Parków Narodowych: Biebrzańskiego i Narwiańskiego. Możecie iść na spacer nad Narew, do lasu, do Tykocina (4,5 km), pooglądać żubry w ostoi za drogą. Stylistyka pokoi taka, jakbyśmy pojechali w gości trochę do Wołodyjowskich, a trochę do Niechciców. Wszystko z gustem, ze smakiem, pyszne jedzenie (tu nie dostaniecie karty, wszystko Wam powiedzą kelnerzy, ale nie proście o frytki i kartacze. Jak głosi napis na drzwiach karczmy, tych nie ma, nie było i nie będzie). Koniecznie zamówcie kiermusiankę, o dowolnym smaku, każda przyda się na trawienie polskiej kuchni, raczej nie wegetariańskiej. A jeśli lubicie starocie, jedźcie do Kiermus w każdy pierwszy weekend miesiąca, w niedzielę od wczesnego rana zobaczycie tu wszystko: stare dokumenty, zdjęcia, porcelanę, szkło, biżuterię, emaliowane naczynia i graty ze starych chałup. Bez liku stoisk z miodami, serami, mięsami i litewskimi chlebami na dodatek.

Równie wysoko w osobistym rankingu jest Reszel, przeurocze miasteczko na Warmii. Do Kiermus jedzie się prostą, nową, piękną ekspresówką, do Reszla zupełnie inaczej. Można wybrać różne trasy, każda będzie równie długa i zdecydowanie odradzam pośpiech. Nie tylko, że bezpieczniej, ale i dlatego, że im bliżej Reszla, tym malowniczej za oknem.

W Reszlu czas zwalnia. Nie wiem, jak to się dzieje, ale w Reszlu nie da się śpieszyć, nie da się też zrobić tłoku. Tak, Reszel jest z innych czasów. Idźcie do parku, na gotyckie mosty, zobaczcie spokój okolicy z wieży fary i zatrzymajcie się w hotelu na zamku biskupów warmińskich, wybudowanym w XIV wieku. Komnaty wysokie na dwa piętra, spanie na mansardzie, zacienione wnętrza bo okna niewielkie i prawdziwe, nie kartonowe średniowieczne wnętrza, zaledwie 20 pokoi i galeria sztuki. To, co wyprawia tutejsza kuchnia, oparta o lokalne produkty, jest niepowtarzalne. Lubicie placki ziemniaczane? No to lepszych niż tutejsze nie zjecie, przysięgam.

Reszel to doskonały punkt wypadowy. Zatrzymaliśmy się tam kiedyś także w drodze do Wilna. Blisko do Lidzbarka Warmińskiego, Kętrzyna, Wilczego Szańca, Świętej Lipki. Nieco dalej, ale pojedźcie bo to jest zachwyt, do Żywkowa, maleńkiej wioski przy granicy z Rosją. Żywkowo to wioska bociania. 9 gospodarstw, 20 parę osób i 100 bocianów. Na jednym dachu są po trzy lub cztery bocianie rodziny. Ich obserwowanie z wieży widokowej to jedna z tych rzeczy, która sprawia, że człowiek myśli sobie: tak, świat zaiste jest piękny.

Blisko Warszawy, niedaleko Nowego Miasta Lubawskiego, czyli zaledwie 2 godziny i trochę od stolicy, są Domy Konesera. Rodzinny pensjonat, z którego okien rozciąga się panorama Welskiego Parku Krajobrazowego.

Mieszkacie w stylowych pokoikach w kilku budynkach w wypielęgnowanym ogrodzie, patrzycie się na mazurskie pagórki wokoło, jecie lokalne pyszności i naprawdę nie chce się Wam stad wyjeżdżać nigdzie. A jeszcze bardziej wolny czas – spędzacie na kajakach na Drwęcy. Potem zadajecie sobie pytanie: czy lokalnie produkowane piwo wypić w stylowym salonie czy przy stolikach przed domem, z widokiem na zieleń i zieleń. Cisza i spokój.

Pomyślcie teraz o najpiękniejszym widoku, jaki podarowały Wam dotychczasowe podróże. Dla nas jednym z takich przeżyć był widok wschodu i zachodu słońca z pokładu balonów, w październikowy weekend kilka lat temu, nad Biebrzą. Musieliśmy podzielić się na grupy, bo było nas za dużo na raz, i do dziś nie rozstrzygnęliśmy, czy piękniejsze były gęsi i żurawie o poranku, czy stada łosi w zachodzącym słońcu. Tak, wiem, że brzmi kiczowato. Nic na to nie mogę poradzić. Było to tak obłędnie pięknie, że rozumiem twórców makatek z jeleniem na rykowisku. Nad Biebrzą mieszkaliśmy w Zagrodzie Kuwasy, przeuroczym 25-pokojowym hoteliku między Grajewem a Augustowem. Blisko stąd na Mazury, Pojezierze Ełckie, ale najlepiej zostać w Biebrzańskim Parku Narodowym. Często myślę, że najlepiej w ogóle zostać w Zagrodzie, bo każdy foodie, który poznaje miejsca poznając lokalną kuchnię i smaczne jedzenie jest dla niego obowiązkową przyjemnością, w jadalni u Kuwasy zamieszkałby na stałe. Zróbcie wyjątek dla Biebrzy i szybko wracajcie do kuwaskiego stołu.

Pojedźcie do Dorotowa, fenomenalnego, obłędnego, autorskiego hotelu Galery69 na Mazurach. Jest tu 20 pokoi tuż nad jeziorem i wszystko, wszystko jest przemyślane, wysmakowane, zaprojektowane z czułością i miłością do detalu. I jak zawsze lokalna kuchnia. Nie lubisz ryb? Zapomnij tym. Nie da się nie lubić ryb, serwowanych w Dorotowie. To chyba jedyne miejsce, w którym nie dawaliśmy rady zjadać pełnych porcji.

Najdalej od Warszawy położone miejsce naszego weekendu to zamek Joannitów w Łagowie. Mimo autostrady pokonywana autokarem odległość dała nam się we znaki, ale podróż prywatnym autem to zupełnie inna bajka. Namawiam Was – odwiedźcie kiedyś Pojezierze Łagowskie. Mam wrażenie, że jest mało znane, a bardzo warto to zmienić. Wtedy właśnie najlepiej zamieszkać na zamku Joannitów w Łagowie. Jeśli kolacja jedzona na jego dziedzińcu, zadaszonym, okrytym bluszczem, nie zrobi na Was wrażenia, to nie wiem co zrobi. Może widok z zamkowej wieży. A może nocleg w katowni. Nocowanie w zabytkach zawsze robi na mnie wrażenie. I uwaga, to nie jest apartamentowiec, macie do wyboru jedną z czternastu komnat, a może się zdarzyć, że będziecie nocować w kameralnym gronie kilkorga gości.

Jedźcie w Polskę. I napiszcie, jak Wam tam było, kiedy będziecie tam – out of home.

Polecane

Dzięki, link został przesłany

Zamknij

Serdeńko!
Lubisz już nasz fanpage?

Wystarczy kliknąć:

zobacz nasz fanpage >> Zamknij

Niech zapisze się
do newslettera!

Zostaw e-mail
i powolutku strzałeczka na guziczek!

Zamknij