ESG (Environmental, social, and governance) w branży eventowej przestaje być dodatkiem do oferty, a coraz częściej wchodzi do briefów, przetargów, wyboru lokalizacji, cateringu i logistyki. Dla części klientów jest już elementem codziennej strategii. Dla innych nadal pozostaje tematem odkładanym na później. O tym, gdzie kończy się realna odpowiedzialność, a zaczyna greenwashing, rozmawiamy z Mariuszem Nowakiem, CEO Ministry of Creativity.
ESG to nie etykieta na event
Nowak zwraca uwagę, że problem zaczyna się wtedy, gdy agencje próbują sprzedawać „eventy w stylu ESG”. Według niego takie podejście sprowadza złożony proces do hasła w prezentacji ofertowej.
– Albo traktujemy to jako myślenie i pewnego rodzaju strategię na najbliższe lata w rozwoju agencji i branży, albo bawimy się w robienie eventów w stylu ESG – mówi Mariusz Nowak.
W praktyce ESG oznacza serię konkretnych decyzji: rezygnację z jednorazowej scenografii, wybór materiałów do ponownego użycia, segregację odpadów po wydarzeniu, ograniczanie plastiku, współpracę z lokalnymi dostawcami i planowanie nadwyżek cateringowych.
Koszty zależą od decyzji
Jednym z częstych argumentów przeciwko ESG są wyższe koszty. Nowak nie sprowadza tematu do prostego „tak” albo „nie”. Certyfikacje, dodatkowa logistyka i odpowiedzialne zarządzanie odpadami oznaczają wydatki. Z drugiej strony mniej scenografii, ponowne użycie elementów i lepsze planowanie produkcji potrafią równoważyć budżet.
– Certyfikacja tak. Produkcja paradoksalnie się równoważy, dlatego że my na przykład wychodzimy absolutnie ze scenografii w rozumieniu klasycznym. Nie budujemy nic, co jest jednorazowe – podkreśla.
W rozmowie pojawia się też temat Banków Żywności. Ministry of Creativity podpisało umowę, która pozwala przekazywać nadwyżki cateringowe po wydarzeniach. Według Nowaka to przykład rozwiązania, które wydaje się oczywiste, ale w branży nadal wymaga uporządkowania.
Dostępność to część tego samego procesu
ESG w eventach nie kończy się na ekologii. W rozmowie pojawiają się także wykluczenia żywieniowe, dostępność dla osób z niepełnosprawnościami, dojazd na wydarzenie i projektowanie landing page’y eventowych.
Agencja pyta klientów m.in. o osoby z celiakią, potrzeby transportowe uczestników czy konieczność budowy podjazdów. Przy większych wydarzeniach oznacza to osobne procedury dla cateringu, atestowane konstrukcje i dodatkową koordynację.
– Funkcjonujemy w świecie, w którym nie chcielibyśmy mieć wykluczeń żadnych, a już na pewno w eventach – mówi Nowak.
Certyfikaty i raportowanie
Wśród ważnych punktów rozmowy znalazły się także certyfikaty. Nowak wskazuje przede wszystkim na EcoVadis, SBTi oraz ISO 20121, czyli standard dotyczący zrównoważonego zarządzania wydarzeniami. Wspomina też o Green Key i Fairtrade przy wyborze partnerów, lokalizacji oraz produktów.
Dla klientów coraz ważniejsze są również twarde wskaźniki, w tym ślad węglowy i ślad wodny. Część firm przenosi wymagania raportowe na swoich dostawców, dlatego agencje eventowe muszą przygotować się na bardziej szczegółowe pytania w briefach i przetargach.
Mniej efektu „wow”, więcej sensu
Na koniec rozmowy Nowak porównuje polską branżę eventową z rynkami europejskimi. Jego zdaniem Polska nadal mocno ceni duże, efektowne produkcje, które dobrze wyglądają w social mediach. W Europie coraz częściej widać prostsze wydarzenia, oparte na byciu razem, lokalności i doświadczeniu, a nie na rozbudowanej scenotechnice.
– Coraz częściej obserwuję w Europie eventy, które są mega proste. Warsztaty, bycie razem, poczucie więzi, stworzenie czegoś, zrobienie fajnego zdjęcia. To wszystko dzieje się w parku, nad jeziorem, przy fontannie – mówi.
Według Nowaka taki kierunek będzie coraz ważniejszy również w Polsce. Nie oznacza końca kreatywności w eventach, ale zmianę jej definicji: mniej jednorazowej produkcji, więcej pomysłów, które zostają po wydarzeniu dłużej niż zdjęcia z realizacji.