Efekt? Z około 5 000 bodźców reklamowych dziennie, realnie rejestrujemy zaledwie od 3 do 12. Reszta odbija się od naszych naturalnych filtrów – mózg staje się najskuteczniejszym adblockiem świata. To widać szczególnie teraz, gdy przy użyciu narzędzi AI komunikacja staje się bardziej agresywna i masowa niż kiedykolwiek. Skoro środowisko cyfrowe tak gwałtownie mutuje, użytkownicy nie mogą pozostać bierni. Oni też ewoluują.
Sygnały zmiany
Zmienia się przede wszystkim sposób, w jaki ludzie konsumują treści i reagują na komunikację marek. Adaptacja mechanizmów uwagi do świata przesyconego bodźcami sprawiła, że stare schematy reakcji po prostu wygasły. Jakie sygnały wysyłają dziś odbiorcy?
Zobacz również
Od FOMO do ROMO – gdy największą konkurencją jest cisza
Przez ostatnie lata marketing napędzało FOMO (Fear of Missing Out). Obecnie coraz częściej słyszy się o ROMO (Relief of Missing Out) – chodzi o poczucie ulgi płynącej z faktu, że coś nas ominęło. Odbiorcy z satysfakcją filtrują komunikaty, wyciszają powiadomienia i świadomie wybierają bycie offline. W tym układzie sił konkurencją dla marki nie jest już inny produkt, ale spokój klienta. Każdy komunikat bez realnej wartości jest natychmiast wycinany przez prywatny adblock
Inflacja treści i AI Slope
Masowa i tania produkcja contentu przez AI doprowadziła do zjawiska AI Slope – zalewu treści poprawnych, estetycznych, ale rozczarowująco powtarzalnych. Internet stał się wygładzonym, algorytmicznym nurtem, w którym wszystko brzmi podobnie. Skutek? Wykształcenie u odbiorców „szóstego zmysłu” wykrywającego bezduszną komunikację – przekonaliśmy się o tym, obserwując reakcje na świąteczne spoty Coca-Coli czy McDonald’s. Mając do czynienia z nadmiarem wygenerowanych treści, to, co ludzkie, chropowate i niedoskonałe zyskało status luksusu, który naprawdę przyciąga uwagę.
Zmęczenie światem i szukanie radości
Permanentne napięcie – od kryzysów gospodarczych po zmiany na rynku pracy – sprawiło, że radość przestała być dodatkiem, a stała się mechanizmem przetrwania. Konsumenci szukają w codzienności glimmers – drobnych błysków, które pozwalają na moment odetchnąć. To mogą być świece zapachowe do wieczornego relaksu, uroczy kubek na herbatę czy kolorowe skarpetki – takie małe „kotwice” normalności. Konsumenci podświadomie szukają ich także w sieci, wśród komunikatów publikowanych przez ich ulubione brandy. Marki, które potrafią dostarczyć taką mikrodawkę spokoju lub uśmiechu zaczynają pełnić funkcję emocjonalnych ładowarek.
Jak wykorzystać potencjał content creatorów w komunikacji marki [PORADNIK]
Nostalgia jako emocjonalny azyl
Początek 2026 roku przyniósł falę tęsknoty za rokiem 2016, czego wyraz dali użytkownicy, publikując w mediach społecznościowych swoje wspomnienia z tego okresu. Okazuje się, że w zbiorowej pamięci czas sprzed dekady jawi się jako prostszy i bezpieczniejszy. Ten trend pokazał nam, że nostalgia stała się sposobem na chwilowe oderwanie się od niepewnej rzeczywistości. Dla marek to ważny sygnał: odbiorcy coraz częściej szukają treści, które wywołują poczucie ciepła, bezpieczeństwa i znajomości.
Słuchaj podcastu NowyMarketing
Konsumenci dają sygnały. A co robią marki?
Skoro sygnały od odbiorców są tak czytelne, naturalnym krokiem wydawałaby się zmiana kursu. Tymczasem marki wciąż licytują się na agresywne hooki i pokładają nadzieję w coraz precyzyjniejszych metrykach, takich jak Attention Value. Chcemy mierzyć każdą milisekundę, przez którą oko spoczywa na ekranie, wierząc, że technologia pomoże rozwiązać problem braku zainteresowania. To droga donikąd . Żaden techniczny trik nie zmusi nikogo do zaangażowania, jeśli będziemy tylko kolejnym, zoptymalizowanym elementem szumu.
W 2026 roku realną metryką nie jest już sam fakt spojrzenia, ale Retention of Attention – to, co zostaje w głowie, gdy ekran wygaśnie. Produkujemy dziś więcej treści, niż mózg jest w stanie przetworzyć, więc jeśli nasz przekaz nie ma w sobie „ludzkiego ciężaru”, zostanie sklasyfikowany jako spam, zanim kciuk w ogóle zdąży się zatrzymać. Może więc zamiast głowić się, jak złapać klienta na haczyk, warto zadać sobie inne pytanie: jak na moment zatrzymać świat swojego konsumenta?
Jaki content jest w stanie przyciągnąć odbiorców w 2026 roku?
Content, który daje radość
Powiedzmy to wprost – nikt w 2026 roku nie budzi się z myślą: „ciekawe, co nowego opublikowała dziś moja ulubiona marka jogurtu”. Budzimy się za to w świecie, który od pierwszej minuty atakuje nas rozmaitymi triggerami i obawą przed tym, co przyniesie kolejny kwartał. W takim układzie największym luksusem, jaki możesz dać swojemu odbiorcy, nie jest rabat, ale moment czystej, niczym niezmąconej przyjemności. Skoro ustaliliśmy już, że wszyscy desperacko wypatrujemy glimmers, to warto pomyśleć o nich w kontekście komunikacji marek.
To nie wymaga wielkiej ingerencji w strategię brandu. Wystarczy wyjść od zasady, że każdy komunikat marki staje się mikro-interwencją w przebodźcowany układ nerwowy konsumenta. Kiedy kciuk zatrzymuje się na ekranie z poczucia ulgi, a nie pod wpływem taniego szoku – zaczynasz budować zaufanie. Jak to robić bez popadania w kicz?
Marketerzy zajmujący się promocją wyjątkowo urokliwych regionów Polski mają tutaj ułatwione zadanie…

źródło: https://www.facebook.com/lubiemalopolske

źródło: https://www.facebook.com/podlaskie.travel
Ale można to też zrobić w taki sposób jak Piątnica:

źródło: https://www.facebook.com/reel/2639781463027164
Albo marka BRACIA KORAL, która w swojej komunikacji zachęca do powrotu wspomnieniami do najprzyjemniejszych chwil z przeszłości:

źródło: https://www.facebook.com/braciakoralPL
Czym się kierować, projektując glimmers?
- Wizualny detoks. Zapomnij o neonach i krzykliwych napisach walczących o każdą milisekundę spojrzenia. Dzisiaj wygrywa estetyka, która „leczy” wzrok. To paleta barw, która działa jak wizualny sygnał bezpieczeństwa, bo czasem to właśnie kojąca harmonia jest najbardziej buntowniczym aktem, na jaki może pozwolić sobie marka w agresywnym feedzie.
- Zmysły w wersji cyfrowej. Chodzi o treści, które niemal czuć pod palcami. Zbliżenie na fakturę materiału, dźwięk parzonej kawy, powolny ruch, który wywołuje fizyczne odprężenie (ten osławiony digital comfort). To cyfrowy odpowiednik założenia ulubionej bluzy z kapturem – niby drobiazg, a jednak zmienia nastawienie do całego dnia.
- Pochwała ludzkiego błędu. Nic tak nie buduje dystansu jak świadomość wyreżyserowanego przekazu. Konsumenci szukają mikrohistorii, w których marka potrafi się uśmiechnąć bez makijażu. Pokazanie małej wpadki czy codziennego absurdu mówi odbiorcy: „Hej, rozumiemy cię, też tu jesteśmy i też czasem nam nie wychodzi”. Instagramowe marki fashion wygrywają nie idealnym lookbookiem, ale pokazywaniem zaplecza pełnego kartonów i kawy wylanej na próbnik materiału – to tam rodzi się lojalność.

źródło: https://www.instagram.com/morzka.stories/
Właśnie w takim modelu przestajesz być tylko sprzedawcą, a zaczynasz pełnić funkcję wspomnianej już emocjonalnej ładowarki. Stajesz się marką, która daje oddech, a od takich marek nie odchodzi się tak po prostu.
Content, który jest prawdziwy
Nawiązując do tematu „ludzkiego błędu”, warto odnieść się do wspomnianego już zjawiska AI Slope. Zwłaszcza teraz, gdy algorytmy generują obrazy i teksty o idealnych proporcjach i sterylnej estetyce, wśród konsumentów wykształcił się nowy mechanizm obronny. To, co zbyt „gładkie”, mózg automatycznie klasyfikuje jako szum maszynowy i ignoruje. W odpowiedzi na przesyt tego typu przekazu rodzi się trend Human Premium. Dziś to człowiek – ze swoją nieporadnością, drżącą ręką i specyficznym humorem – staje się wyznacznikiem najwyższej jakości. Błąd jest jedynym wiarygodnym dowodem na obecność drugiego człowieka.
Nic nie obrazuje tego lepiej niż fenomen Asiora i Dziecioka. To viralowa saga o psim duecie, która w teorii nie miała prawa odnieść sukcesu w świecie wysokobudżetowych produkcji. Właściciel psów nie używa skomplikowanego montażu ani filtrów, nie serwuje nam wyreżyserowanych cliffhangerów, a jednak Internet zaangażował się w tę opowieść. Profil zgromadził setki tysięcy obserwujących, a moment, w którym pojawia się Dzieciok stał się viralem i dotarł do milionów widzów.
Zainteresowanie tą konkretną historią wkrótce pewnie wygaśnie, ale nie zmienia to faktu, że jest to jeden z najlepszych przykładów siły autentycznego storytellingu w polskim internecie – historia, która dzieje się tu i teraz, bez scenariusza i w dodatku zaczyna żyć własnym życiem.

źródło: https://www.tiktok.com/@lidlpolska
Kiedy marki takie jak Lidl wchodzą w interakcję z takim contentem, nie robią tego, by sprzedać więcej kajzerek niż Żabka. Robią to, by ogrzać się w blasku autentyczności, której nie da się wygenerować żadnym promptem. Wniosek jest oczywisty – storytelling z „ludzkim ciężarem” to nie moda, a instynktowna potrzeba odbiorców. W świecie AI szukamy dowodów na życie i to tam przenosimy nasze zaangażowanie
Content, który wyrywa z drzemki
Walka o uwagę użytkownika – szczególnie tego scrollującego w mediach społecznościowych – nie musi być sprintem na oślep, a prawdziwą partyzantką. Cel? Zrobić wszystko, by nie być przezroczystym elementem krajobrazu. Jeśli wszystko, na co użytkownik natknie się na wallu jest wygładzone, doświetlone i przygotowane „pod algorytm”, oko przestaje rejestrować treść. Reaguje dopiero wtedy, gdy napotyka opór. Dlatego coraz popularniejszą taktyką jest kontrolowana dziwność – coś, co sprawia, że kciuk zamiera w pół ruchu, bo mózg na ułamek sekundy traci pewność, co właściwie widzi.

Przykłady hakowania uwagi (Lody Koral, Pan Tu Nie Stał)
Nie chodzi o szokowanie dla samego szoku – to tania sztuczka, którą ludzie wyczują na kilometr. Chodzi o narracyjny błąd w systemie. Może to być absurdalna metafora, która wywraca logikę produktu do góry nogami, albo surowa estetyka, która szczególnie ma szansę wyróżnić się na tle sterylnych kreacji AI. Czasem to po prostu nieoczywisty humor, który nie kończy się przewidywalną puentą, ale zostawia widza ze znakiem zapytania nad głową.
Takim przykładem „hakowania uwagi” jest seria tiktoków na profilu AL-KO Garden, w której narrację prowadzi złośliwy jeż-maskotka. W ten absurdalny sposób marka opowiada o swoich produktach, ale zamiast nudnej specyfikacji technicznej kosiarki, dostajemy kąśliwe uwagi od gadającej maskotki. To właśnie ten zgrzyt sprawia, że marka przestaje być przezroczysta.

źródło: https://www.tiktok.com/@alko_garden_pl
Dlaczego takie formaty działają? Łatwo zauważyć, że najlepiej zapamiętujemy to, co nas choć trochę skonsternowało – w takich momentach przestajemy działać na autopilocie. Content, który jest poprawny i przewidywalny po prostu „przepływa” przez naszą percepcję. Ten, który ma w sobie ziarno absurdu lub wizualny zgrzyt – wyrywa z uśpienia i zostaje w pamięci.
Ale content, który zmusza konsumenta do zatrzymania nie musi być skomplikowany w produkcji. Może to być kadr, który wydaje się „nie z tej bajki”, nietypowy kąt widzenia lub zestawienie przedmiotów, które do siebie nie pasują. Jeśli wszystko w feedzie jest wymuskane i poprawne, twoja treść powinna mieć w sobie coś surowego lub wizualnie „niepokornego”. Jedno jest pewne: w 2026 roku bezpieczeństwo w komunikacji to najkrótsza droga do bycia pomijanym.
Content użyteczny, ale bez „fajerwerków”
W pogoni za emocjami i dziwnością łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że każdy post musi być nieszablonowy, albo powinien dostarczać wyjątkowych emocji. Tymczasem w 2026 roku jedną z najbardziej deficytowych wartości jest po prostu… konkretna odpowiedź na pytanie. Równolegle do nowych konceptów kreatywnych dla marek czy strategii komunikacji w mediach społecznościowych, warto pomyśleć o zupełnie odrębnym filarze contentu użytecznego, budowanego w oparciu o zasady Social SEO (w SoMe) lub w duchu Lean Content Model (z myślą o blogach). To podejście, w którym przestajemy budować marketingowe „katedry” przez pół roku, by pokazać je światu w jednej, efektownej kampanii. Zamiast tego stawiamy na systematyczność, zwinność i rzemieślniczą wręcz rzetelność. Chodzi o tworzenie contentu, który nie krzyczy, ale rozwiązuje realne problemy.
Idealnym dowodem na to, że ta strategia czasem wygrywa z milionowymi budżetami, jest fenomen AniaGotuje.pl. Dlaczego ten portal zna niemal każda polska rodzina? Bo to kwintesencja modelu Lean – zero zbędnego szumu, czysta użyteczność i treści idealnie skrojone pod intencję użytkownika. To zaufanie budowane latami i content, który nie potrzebuje efektów specjalnych, by (z)budować widoczność. Ania nie udaje kogoś innego – jest pomocna, przejrzysta i przewidywalna w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jest jak ulubiona książka kucharska, a nie ulotka rzucona pod drzwi, o której zapominasz po sekundzie.
Jak to wdrożyć w swoich działaniach marketingowych? Kluczem jest dostarczanie treści, których użytkownicy potrzebują. Nie chodzi od razu o budowanie bloga czy projektowanie strategii Social SEO – nie dla każdej marki te konkretne narzędzia marketingowe to must-have. By jak najlepiej zrozumieć potrzeby konsumentów, warto… podsłuchiwać ich! Najbardziej angażujące historie nie rodzą się w klimatyzowanych salkach konferencyjnych, ale na Discordach, grupach na Facebooku i forach, gdzie żyją realne społeczności. Marka, która potrafi tam wejść, nie by pouczać, ale by wyłapać konkretną potrzebę i trafnie na nią odpowiedzieć, staje się partnerem, do którego chce się wracać, bo zamiast produkować dopaminowe pułapki, dostarcza realną wartość.
Content zakulisowy
Ustaliliśmy już, że w przekazach marketingowych marek szukamy dowodów na życie. Obecnie w internecie wygładzonym od linijki największą wartość mają materiały, których nie da się „wypropmtować” – kurz na zapleczu, prawdziwy proces i ludzie, którzy stoją za produktem. To tutaj marka przestaje być tylko logotypem na fakturze, a staje się żywym organizmem. Pokazanie nieporządku na biurku czy momentów zawahania to najwyższa forma transparentności. Buduje most, którego nie zastąpi żadna kampania wizerunkowa – nie dlatego, że ktoś jest nieomylny, ale dlatego, że jest prawdziwy.
A najlepsze jest to, że backstage nie potrzebuje ekipy filmowej. Wymaga jedynie odruchu wyciągnięcia telefonu, gdy dzieje się coś istotnego – nawet jeśli jest to wizualnie nieestetyczne. Zaproś odbiorcę do środka, zamiast ustawiać go w kolejce przed lśniącą witryną. Aby klient naprawdę zaufał, musi zobaczyć drogę, a nie tylko wyretuszowany finał w blasku fleszy.
Marketing, który nie męczy
Wbrew pozorom w 2026 roku najbardziej deficytowym towarem nie jest uwaga, ale ulga – oczywiście z perspektywy konsumenta. Bo zwłaszcza w przestrzeni internetowej, gdzie bez przerwy ktoś atakuje swoim przekazem, wygrywają te marki, które potrafią na moment przestać krzyczeć. Możemy dalej ścigać się na milisekundy i coraz agresywniejsze techniki „hakowania” uwagi, ale prawda jest taka, że ludzie mają już po prostu dość.
Prawdziwa wartość – to legendarne Retention of Attention – nie rodzi się z technicznego sprytu, ale z empatii. Buduje się ją tam, gdzie marka odważa się odpuścić perfekcję na rzecz autentyczności. Tam, gdzie zamiast kolejnego wymuskanego komunikatu, marka daje odbiorcy moment spokoju, wywołuje szczery uśmiech czy dostarcza konkretną wiedzę. Warto więc tworzyć treści z ludzkiem śladem – z naturalnymi niedoskonałościami, inspirujące, dające radość, będące gestem ludzkiej empatii. Takie, które sprawiają, że ktoś po drugiej stronie ekranu wreszcie wypuszcza powietrze i myśli: „Dzięki, tego mi brakowało”.
Na przykład takie:

źródło: https://www.facebook.com/lidlpolska
W świecie przebodźcowania bycie „tylko” człowiekiem to sporo przewaga, a czasem jedyny powód, dla którego ktoś zechce wrócić.