Czy budowanie społeczności to nowy program punktowy?

lojalność konsumencka
Czego szuka współczesny konsument? Kolejnej plastikowej karty w portfelu czy może poczucia przynależności i autentyczności? Czy budowanie zaangażowanych społeczności to tylko nowa moda? Analizujemy, jak markom (m.in. HYROX, Ania Kruk oraz Kuchnia Vikinga) udało się zredefiniować lojalność poprzez zmianę klientów w ambasadorów, a transakcji – w relacje.
O autorze
8 min czytania 2026-06-19

Czy tradycyjne narzędzia służące zdobywaniu klienta jeszcze działają, czy może zaczynają zawodzić? Od latrynek trwa w przekonaniu, że skuteczny duet to „najlepsza cena i najwyższa jakość”, jednak w dobie globalizacji i błyskawicznej wręcz wymiany informacji, ten standard może ulegać zmianie. Współczesny klient, zamiast szukać produktów, które po prostu „działają”, szuka czegoś, co pozwoli mu się zdefiniować. Wydaje się, że budowanie lojalności przestaje być grą o portfel, a staje się miejscem walki o tożsamość konsumentów.

Te marki, które chcą „przetrwać”, powinny porzucić swoją rolę anonimowego dostawcy, by wejść do DNA odbiorców i stać się częścią ich codziennych rytuałów, a także systemu wartości. W takiej relacji sprzedaż będzie jedynie „efektem ubocznym” głębokiego zakorzenienia marki w życiu klienta.

Psychologia przynależności jako nowa waluta?

Chcąc zrozumieć ten proces, należy sięgnąć aż do fundamentów ludzkiej natury. Spójrzmy na piramidę Maslowa. To prawda, że w marketingu skupiamy się raczej na zaspokajaniu potrzeb z jej dolnej części, oferując po prostu dobrą jakość produktu, a przez to poczucie bezpieczeństwa. A co, gdyby skupić się na jej wyższych piętrach?

Potrzeba przynależności i akceptacji społecznej jest ewolucyjnie zaprogramowana w ludziach zdecydowanie silniej niż chęć zaoszczędzenia kilku złotych. Właśnie dlatego, marki budujące poczucie bycia częścią „czegoś większego” bardzo często wygrają z dziesięcioprocentową zniżką. Doskonałym przykładem może być tutaj rynek sportowy. Kupując buty do biegania, klient nie skupia się wyłącznie na ich technicznym aspekcie. On „kupuje” również przynależność do plemienia biegaczy.

LinkedIn logo
Na LinkedInie obserwuje nas ponad 100 tys. osób. Jesteś tam z nami?
Obserwuj

W momencie, gdy zawiąże swoje sznurówki, nie jest wyłącznie posiadaczem przedmiotu, a staje się członkiem społeczności, z którą będzie dzielił swoje trudy, przygotowania do maratonu, poranną rutynę. A poczucie tego „my” będzie z kolei emocjonalnym klejem, którego nie zastąpi żaden, nawet najbardziej atrakcyjny program punktowy.

Od wspólnoty do relacji

Gdy marce uda się już zmienić punkt ciężkości z „ja kupuję” na „my współtworzymy”, wejdzie na najwyższy możliwy poziom lojalności, bowiem urodzi się wtedy prawdziwy ambasador marki. Nie influencer opłacony dziesiątkami lub setkami tysięcy złotych za współpracę, ale człowiek z krwi i kości, który jak nikt inny „czuje markę” i jest jej wdzięczny za poczucie bezpieczeństwa, wysłuchania i docenienia.

Słuchaj podcastu NowyMarketing

Tym samym firma nie jest już tylko logotypem, ale żywą relacją, partnerem w dialogu. A tajemnicą nie jest, że nic nie dotrze tak do pasywnych konsumentów jak ludzki pierwiastek – ktoś, kto nie tylko mówi „do” odbiorców, ale rozmawia „z” nimi. To on może uratować markę od zawirowań rynkowych, bo gotowy będzie bronić jej wartości w każdym zakątku internetowym (i nie tylko).

NowyMarketing logo
Mamy newsletter, który rozwija marketing w Polsce. A Ty czytasz?
Rozwijaj się

Zmierzch ery celebrytów? Od lojalnego klienta do ambasadora

Influencer marketing, który znamy w 2026 roku nie wygląda już tak samo, jak jeszcze kilka lat temu. Marki, które nie tak dawno ścigały się o kontrakty z wielkimi wówczas gwiazdami, dziś coraz częściej rezygnują z tych milionowych, ale jednocześnie „pustych” zasięgów na rzecz autentycznych użytkowników i niszowych ekspertów. Dlaczego?

Współczesny konsument jest odporny na wyreżyserowane posty sponsorowane. Jeśli lojalność opiera się na przynależności, autorytetem nie będzie już celebryta, który promuje produkt, ale pasjonat, który faktycznie z niego korzysta.

Dziś to mikro- i nano-ambasadorzy, dzięki swojej wiarygodności, stają się krwioobiegiem społeczności, a ich głos nie jest traktowany jak reklama, lecz jak rekomendacja od kogoś, kogo znamy, bo „jest jednym z nas”. I to stanowi fundament zaufania, którego nie da się kupić żadnym budżetem mediowym.

Marki, które zrozumiały siłę społeczności, stawiają kolejny krok, „formalizując” relacje ze swoimi najbardziej oddanymi konsumentami poprzez programy ambasadorskie. Jednak, co istotne, nie są to już proste mechanizmy typu „poleć znajomego, otrzymaj za to 20 zł dla niego i dla siebie”. Nowoczesne programy ambasadorskie są jak wielopoziomowe systemy wsparcia, w których klienci mają nie tylko wpływ na rozwój produktu, zyskują dostęp do zamkniętych grup, ale też, przykładowo, mają okazję przedpremierowo przetestować nowości. W ten sposób marka przestaje być sprzedawcą, a staje się kimś, kto daje szanse konsumentowi na realizowanie jego ambicji. W tym modelu lojalność nie wynika z obowiązku, ale z poczucia bycia ważnym ogniwem w procesie tworzenia czegoś istotnego.

Zadając pytanie o to, dlaczego w przypadku ambasadorów 100 znaczy więcej niż milion, odpowiedź jest prosta: chodzi o jakość interakcji z odbiorcami. Sto aktywnych osób, moderujących dyskusje w komentarzach, odpowiadających na pytania innych użytkowników, broniących wartości marki, tworzy ekosystem, który sam się napędza. Milionowy zasięg jest z kolei jak błysk flesza – oślepia na sekundę, po czym gaśnie.

Siła od wewnątrz – employee advocacy jako fundament zaufania

Budowanie ludzkiej twarzy marki byłoby jednak niepełne, a wręcz nieszczere, gdyby nie obejmowało tych, którzy tworzą ją od środka. Employee advocacy, czyli programy angażujące pracowników jako ambasadorów, również stały się w 2026 roku jednym z kluczowych elementów strategii komunikacji. Dlaczego? Bo nic nie buduje wiarygodności firmy tak skutecznie, jak ekspert dzielący się swoją wiedzą na LinkedInie czy pracownik linii produkcyjnej pokazujący z dumą kulisy swojej pracy. Kiedy ludzie faktycznie tworzący produkt stają się jego twarzami, bariera między „korporacją” a „człowiekiem” znika. Klient nie kupuje już od bezosobowego podmiotu, ale od zespołu ludzi-pasjonatów, co zdecydowanie skraca dystans i cementuje relację opartą na wspólnym zaufaniu.

Społeczności, które zmieniają zasady gry

Teorię o „ludzkiej twarzy” marek można zrozumieć lepiej, gdy spojrzy się na działania firm, które w 2026 roku nie tylko sprzedają, ale wręcz „projektują” doświadczenia wspólnotowe. HYROX, Ania Kruk czy Kuchnia Vikinga pokazują, że w różnych branżach – od sportu, przez biżuterię, aż po gastronomię – kluczem do sukcesu jest najczęściej po prostu oddanie głosu ludziom.

HYROX – sport jako nowe plemię

HYROX to prawdziwy fenomen w świecie sportowym, który udowodnił, że zawody fitness mogą stać się czymś więcej niż tylko wydarzeniem sportowym – mogą być stylem życia. Lojalność nie polega tutaj wyłącznie na zakupie kolejnego startu. Tu chodzi o ekosystem, w którym każdy uczestnik, niezależnie od poziomu zaawansowania, czuje się częścią społeczności. Zawodnicy przechodzą od myślenia „ja trenuję” do „my jesteśmy zawodnikami HYROX”, odbywają wspólne treningi w partnerskich siłowniach i z dumą noszą brandowaną odzież. To nic innego jak duma z przynależności do plemienia, o której wspominałam już w kontekście piramidy Maslowa.

Mateusz Krogulec

Partnership Director Poland and Baltics, HYROX

HYROX od początku był projektowany jako „World Series of Fitness Racing” – globalny, ustandaryzowany format zawodów, który łączy bieganie z treningiem funkcjonalnym w jedną, powtarzalną rywalizację. Każde zawody na świecie wyglądają tak samo: ta sama struktura, te same stacje, te same zasady. Dzięki temu uczestnicy dokładnie wiedzą, na co się zapisują, mogą porównywać swoje wyniki między miastami i wracać, żeby się poprawiać. To podejście – znane z biegów masowych czy triathlonu – w połączeniu z treningiem funkcjonalnym sprawia, że HYROX jest dostępny dla szerokiej grupy osób.

To poczucie „plemienia” bardzo wyraźnie widać w zachowaniach uczestników. Zawodnicy kolekcjonują opaski z kolejnych startów, przypinają patche z miast do swoich plecaków – trochę jak odznaki, które pokazują ich drogę w HYROX. To nie jest jednorazowe wydarzenie, tylko coś, co się „zbiera” i buduje tożsamość.

Mamy też bardzo wysoki poziom zaangażowania po samym evencie – 90% uczestników postuje w social mediach na temat zawodów i treningu, oraz 75% uczestników wykupuje oficjalne zdjęcia, co pokazuje, jak ważne jest dla nich bycie częścią tego doświadczenia i dzielenie się nim dalej. Do tego dochodzi silna obecność offline: w Polsce funkcjonuje już ponad 200 siłowni partnerskich, które tworzą lokalne mikrospołeczności przygotowujące się razem do startów.

Nie bez znaczenia jest też warstwa kulturowa – wokół HYROX naturalnie powstają memy i wewnętrzne żarty (jak choćby popularne „szukam męża na HYROX”), które dodatkowo wzmacniają poczucie, że to coś więcej niż sport – to wspólny język i styl życia.

W efekcie uczestnicy nie czują się klientami kupującymi bilet, tylko częścią większej historii, do której chcą wracać i którą chcą współtworzyć.

ANIA KRUK – biżuteria z ludzkim głosem

Marki biżuteryjne od lat budują swój wizerunek, tworząc wokół siebie aurę luksusu „nie dla każdego”. Świadczą o tym chociażby same sklepy stacjonarne, zamknięte

za pancerną szybą i poważnym podejściem sprzedawcy. Marka Ania Kruk odwraca jednak tę piramidę wartości, stawia na bliskość, dialog z odbiorcą, a zamiast niedostępnej celebrytki z billboardu, klientka spotyka ludzką twarz, która nie boi się pokazać procesu twórczego od zaplecza, rozmawiać o emocjach i zapraszać do współtworzenia swojej historii. Marka umiejętnie wykorzystuje głos samej założycielki i jej zespołu, sprawiając, że zakup pierścionka czy naszyjnika jest elementem relacji, a nie tylko transakcją.

Magda Polaszek

Head of Brand&Marketing, ANIA KRUK

Dla mnie przynależność to nie liczba osób na evencie lub grupie w social mediach, ale subiektywne poczucie klientki: „czuję się u Was/z Wami dobrze”.

W ANIA KRUK odchodzimy od budowania dystansu na rzecz dostępności. Biżuteria w tym ujęciu to element codziennego outfitu, a nie niedostępny luksus. Tę więź budujemy w mikromomentach: poprzez „cześć” zamiast „dzień dobry”, czy rezygnację z retuszu na rzecz pokazywania modelek z ich wszelkimi niedoskonałościami. Te nieuświadomione sygnały – od autentycznych zdjęć po funkcjonalność butiku – tworzą bezpieczną przestrzeń, w której klientka identyfikuje się z marką, bo czuje się u nas okej.

W tym modelu tożsamość i komfort są silniejszym spoiwem niż jakikolwiek transakcyjny program punktowy. To klientka, a nie produkt, jest u nas punktem odniesienia.

Kuchnia Vikinga – klienci, którzy mają głos, nie szukają innej drogi

Kuchnia Vikinga pokazuje, czym jest lojalność w branży diet pudełkowych.

W sektorze, który kojarzy się z anonimową paczką zostawioną pod drzwiami, Vikingowie zbudowali bowiem markę z dużym ładunkiem emocjonalnym. Firma stawia na specyficzny język komunikacji, mocny branding i zaangażowanie „zwykłych” ambasadorów. W ten sposób stała się nie tylko dostawcą zdrowego jedzenia, a stylem bycia, do którego chce się należeć. Ich podejście pokazuje, że nawet w tak transakcyjnym modelu jak subskrypcja, można stworzyć armię lojalnych ambasadorów, którzy promują markę nie za zniżki, ale za to, jakie emocje i wartości reprezentuje.

Artur Leśniak

Dyrektor Marketingu Kuchni Vikinga

W każdej branży jest ten sam moment, w którym oferta przestaje być wyróżnikiem. Ceny się wyrównują, produkty upodabniają, a klient stoi przed półką, dosłownie lub cyfrową i jedynym kryterium wyboru staje się to, kogo po prostu lubi i komu ufa. Marki, które to rozumieją wcześniej niż konkurencja, budują przewagę, której nie da się skopiować.

W Kuchni Vikinga postawiliśmy na to od początku. We wszystkich kanałach, w social mediach, w komunikacji e-mailowej, w reklamach, w obsłudze klienta, mówimy tym samym językiem i tym samym tonem. Spójność nie jest tu przypadkiem, to świadoma decyzja. Jej najbardziej widocznym efektem jest nasza grupa „Viking od Kuchni” na Facebooku, gdzie jest dziś ponad 220 000 osób i jest to największa tego typu społeczność w branży. Nie jest ona tablicą ogłoszeń z promocjami. To miejsce, gdzie klienci są współautorami tego, co trafia do pudełek.

Pytamy ich o nazwy dań, testujemy z nimi nowe dodatki, słuchamy, gdy coś im nie smakuje. Kiedy człowiek widzi, że jego sugestia faktycznie zmieniła menu, przestaje być numerem zamówienia w systemie. Staje się częścią czegoś. I to jest więź, której nie zastąpi żaden rabat ani żadna naklejka lojalnościowa.

Drugi filar to autentyczność, ale nie ta z brand booka. Autentyczność jako konkretna decyzja: pokazujemy rzeczy takimi, jakie są. Nie koloryzujemy rzeczywistości, nie chowamy problemów za korporacyjnym komunikatem. Ludzie mają niesamowity radar na fałsz. I właśnie dlatego na naszej grupie nie zawsze się z klientami zgadzamy. Wchodzimy w polemikę, mamy czasem odmienne zdanie, przyjmujemy surowy feedback, ale potrafimy też sami go udzielić. To wymaga odwagi, ale jest przejawem czegoś ważniejszego: pewności siebie w relacji. Nie podlizujemy się. Jesteśmy partnerem, który mówi prawdę, potrafi się nie zgodzić i z którym warto dyskutować, bo dyskusja ma sens. Jeśli klient widzi, że po drugiej stronie jest ktoś z kręgosłupem, zaczyna traktować markę poważnie. Partnerów z kręgosłupem się nie porzuca przy pierwszej lepszej promocji konkurencji.

Trzecia rzecz, której często brakuje w myśleniu o społecznościach, to zasada, że aby brać, trzeba najpierw dawać. Angażujemy się w lokalne inicjatywy, wspieramy partnerów, dzielimy się sukcesem z klientami, nie dlatego, że tak każą trendy, ale dlatego, że tak rozumiemy markę z charakterem. Ludzie to czują i wracają.

Ale jeśli miałbym wskazać jeden element, którego naprawdę nie da się zaplanować, to intuicja. Założyciele Kuchni Vikinga i nasz zespół od początku mówili do klientów tak, jak się mówi do dobrych znajomych. Nie wystudiowanie, nie według podręcznika komunikacji, z naturalnym wyczuciem, na ile można sobie pozwolić, kiedy żartować, kiedy być poważnym, a kiedy po prostu powiedzieć prawdę. Taki ton albo się ma, albo się z czasem wypracowuje, ale tylko wtedy, gdy naprawdę lubisz ludzi, do których mówisz. My po prostu ich lubimy. I chyba to czuć.

Nowa „waluta” marketingu

Polskie marki jasno pokazują, że lojalność nie jest już tylko wynikiem matematycznego równania, w którym za sumę zebranych punktów klient otrzymuje nagrodę. Dzisiaj to oddanie głosu samej społeczności wydaje się być najcenniejsze. Era marketingu transakcyjnego nie kończy się zupełnie, jednak dziś wygrywać mogą marki, które rozumieją, że 100 zaangażowanych ambasadorów, jest wartych więcej niż milionowe i często puste zasięgi celebrytów. Lojalność buduje się w mikromomentach: poprzez szczere „cześć”, wspólny trening czy uwzględnienie sugestii klienta w nowym menu.

Czy budowanie społeczności to nowy program punktowy?

Nie, ale to powrót do korzeni handlu, gdzie u u podstaw transakcji leżało zaufanie, twarz konkretnego człowieka i poczucie, że jesteśmy częścią tej samej opowieści. Sprzedaż, owszem, jest celem, ale staje się ona naturalnym następstwem więzi, której nie da się zerwać sezonową obniżką u konkurencji.

PS Playbook #6: Marketing lojalnościowy [PREMIERA]